Menu

Aldomar

Polityka polska budzi coraz większe emocje. Inaczej widzi się ją z kraju, inaczej z oddali takiej jak ja ją widzę. Coraz częściej wywołuje pusty śmiech. Polacy w kraju sami, dobrowolnie postanowili zmienić wszystko... na gorsze.

HEROD I INNI

aldomar

 

HEROD I INNI

W ostatnich dniach Internet zagotował się na temat 10. sierot z Syrii nie wpuszczonych do Polski. Przypomniał mi się tekst, który napisałem wiele lat temu, by Amerykanom pokazać postać pewnej Polki. Jeszcze wtedy wierzyłem w Boga. Dziś wierzę tylko w Człowieka, ale ta wiara, podobnie jak wiara w Boga czasem zawodzi. Dziś ten sam tekst dedykuję Herodom: Błaszczakowi, Dudzie, Szydło i Kaczyńskiemu.

20 lutego 1943 roku Stanisława Leszczyńska wraz z córką Sylwią została aresztowana przez Gestapo. Dwaj jej synowie - Stanisław i Henryk - przebywali już w obozie koncentracyjnym Mauthaussen-Gusen. Mąż zginął poźniej w czasie Powstania Warszwskiego trafiony w brzuch odłamkiem pocisku. Dwa miesiące od momentu aresztowania, 17 kwietnia 1943 r., Stanisława Leszczyńska została przewieziona razem z córką do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu-Brzezince, gdzie oznaczono ją numerem obozowym 41335.

Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Pytanie trzech nieznanych przybyszów ze Wschodu wstrząsnęło nie tylko Herodem. Zadrżeli dworzanie i urzędnicy, kapłani i przywódcy narodu. Doznali wstrząsu i to nie tyle z powodu zaskoczenia, ile strachu. Co uczyni władca Judei na wieść o pretendencie do tronu? Kto się ostoi wobec gniewu potwora, który chodzi nocami po korytarzach pałacu i wyje jak dziki zwierz, wołając poduszonych synów i brata, którego z obłędnej miłości kazał otruć. Kto uniknie zemsty tego, który pisał do cesarza Augusta: Zabijam, ponieważ mogą przestać mnie kochać! A ja chcę, żeby mnie kochali! Imperator Rzymu uważał go za szaleńca. Kazał więc Cyrynowi, legatowi Syrii, wnikać we wszystkie sprawy Judei.

Herod opanował się wobec dostojnych gości ze Wschodu, królów czy kapłanów. Może nie wiedział, jak wielka jest ich władza, jakie układy mogą ich łączyć z wszechwładnym Rzymem? A może odezwał się w nim zręczny polityk, dla którego liczyła się tylko skuteczność w osiągnięciu celu. Grzecznie wyprawił więc Mędrców do Betlejem i uprzejmie prosił, by powiadomili go o miejscu pobytu królewskiego Dziecka, aby i on sam mógł oddać Mu należny pokłon.

Czy już wtedy w umyśle Heroda zalęgła się zbrodnia wymierzona przeciwko bezbronnym? Na pewno tak, choć nie na taką skalę. Dopiero gdy go Mędrcy zawiedli, gdy „inną drogą wrócili do swej ojczyzny”, wpadł w gniew. Liczył się już tylko cel. W Betlejem i okolicy rozległ się krzyk mordowanych i jęk matek opłakujących synów.

Czy była to pierwsza zbrodnia popełniona na bezbronnych dzieciach? Z pewnością nie. Może tylko pierwsza opisana przez kronikarzy. Może pierwsza, ale nie ostatnia.

* * *

Nazywała się Stanisława Leszczyńska i pochodziła z Łodzi. W roku 1922 ukończyła Państwową Szkołę Położniczą w Warszawie i rozpoczęła pracę położnej - w służbie matce i dziecku. Lubiła swój zawód, ponieważ bardzo kochała małe dzieci. Trudny był teren jej działalności w przedwojennej Łodzi. Zamieszkiwała go biedota, więc biegnąc do porodu, dźwigała w torbie nie tylko lekarstwa i opatrunki, lecz także coś słodkiego, by umilić smutne i twarde życie dzieci, oczekujących na powrót matek z fabryk.

Zawsze uśmiechała się na wspomnienie dziecka, któremu pomogła przyjść na świat. Dziecko było dla niej największym cudem, a sam akt rodzenia najwspanialszym biologicznym uniesieniem natury. To była poezja jej życia, bo jeśli podstawą poezji - jak twierdzi Robert Graves - jest miłość, to Stanisława Leszczyńska była poetką.

20 lutego 1943 roku Stanisława Leszczyńska wraz z córką Sylwią została aresztowana przez Gestapo. Dwaj jej synowie - Stanisław i Henryk - przebywali już w obozie koncentracyjnym Mauthaussen-Gusen. Mąż zginął poźniej w czasie Powstania Warszwskiego trafiony w brzuch odłamkiem pocisku. Dwa miesiące od momentu aresztowania, dnia 17 kwietnia 1943, Stanisława Leszczyńska razem z córką została przewieziona do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu-Brzezince, gdzie oznaczono ją numerem obozowym 41335.

Kiedy w bloku, gdzie przebywały chore więźniarki, zachorowała ciężko zawodowa położna, Schwester Klara, Niemka zabijająca rodzące się tam dzieci, pani Stanisława zastąpiła drogę obozowemu lekarzowi, prosząc o powierzenie jej funkcji położnej. Zaryzykowała życie, gdyż taki gest odwagi mógł się skończyć tragicznie. Chyba tylko zaskoczeniu SS-mana należy przypisać jego decyzję pozostawienia pani Leszczyńskiej w tak zwanym rewirze, czyli „izbie chorych”.

W kilka dni później stanęła przed obliczem osławionego doktora Mengele, który polecił jej, by wszystkie dzieci natychmiast po urodzniu zabijała, tak jak czyniła to poprzednia położna Schwester Klara i jej pomocnica, niemiecka prostytutka Schwester Pfani. Topiły one nowo narodzone dzieci w beczce. Po każdym porodzie, z pokoju tych kobiet dochodził do uszu matek głośny bulgot i plusk wody. Wkrótce potem matka mogła ujrzeć ciało swego dziecka wyrzucone przed blok i szarpane przez szczury. Doktor Mengele ostrzegł panią Stanisławę, że za niewykonanie rozkazu czeka ją śmierć.

Stanisława Leszczyńska gotowa była jednak umrzeć w obronie życia dziecka. - Nie, nigdy. Nie wolno zabijać dzieci! -odpowiedziała po niemiecku. Do drżących z niepokoju matek mówiła: Nigdy nie wykonam ich rozkazu, dla maleńkich niewiniątek nie będę Herodem, nigdy!

I udało się. Nikt nie doniósł Niemcom. Ponad trzy tysiące razy krzyk nowo narodzonego dziecka obwieszczał światu, że pani Stanisława Leszczyńska nie wykonała rozkazu.

* * *

Porody odbywały się na niskim murku ogrzewczym, przeważnie zimnym. Rozłożony był na nim koc, ruszający się od wszy. Przed rozpoczęciem porodu Mama Leszczyńska, jak ją nazywały więźniarki, klękała przy murku, kryła twarz w dłoniach i modliła się: Matko Boża, załóż choć jeden pantofelek i przybądź szybko z pomocą.

W epoce „dymiących pieców”, w dobie zaprzeczenia człowieczeństwa, w miejscu, gdzie nikt nie dbał o życie, zwykła położna modliła się, by poród się udał. I wszystko graniczyło z cudem. Przy braku środków opatrunkowych i narzędzi chirurgicznych, przy braku wody nawet, w antyseptycznych warunkach - nie było zakażeń połogowych.

Mama Leszczyńska codziennie rzucała na szalę własne życie. Codziennie musiała wybierać i wybierała. Wybierała życie dziecka, obcego dziecka. Czy dziś udało by jej się zrozumieć kobiety maszerujące ulicami miast amerykańskich, włoskich, polskich, irlandzkich i domagających się prawa do decydowania o życiu dziecka, ich dziecka? A cóż powiedzieć o lekarzach, więźniach Oświęcimia-Brzezinki, którzy walczyli o życie stracone i za to stracone życie oddawali własne?

W nocy z 5. na 6. grudnia 1943 roku urodził się kolejny maleńki więzień. Mama Leszczyńska podała go osiemnastoletniej więźniarce, Marii Oyrzyńskiej - nr 40275, mówiąc: A teraz najważniejsze - ochrzcimy dziecko. Dziecko musi być natychmiast ochrzczone. Pamiętaj, że nikt inny tylko my jesteśmy za to odpowiedzialne. Dzieci nie mogą umierać bez chrztu świętego. To był pierwszy chrześniak młodziutkiej Marii. Położna uniosła nad głową dziecka kubek z wodą: Adamie, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Jak na warunki obozowe Adaś żył długo - całe trzy tygodnie. Czy warto było się narażać? Czy warto było narażać się dla rodzących Żydówek, wobec których obowiązywały surowsze zarządzenia? Żydowskim dzieciom nie wolno było nawet obcinać pępowiny, miały razem z łożyskiem być wyrzucane do kubła na śmieci. Czy warto było rzucać na szalę własne życie? Czy warto było, skoro z trzech tysięcy odebranych przez Mamę Leszczyńską porodów przeżyło trzydzieścioro dzieci? Kilkaset wywieziono do Nakła w celu zniemczenia, 1500 zostało utopionych przez Klarę i Pfani, a tysiąc zmarło z zimna i głodu.

Miarą wielkości człowieka są akty odwagi i poświęcenia podejmowane w obliczu stawki najwyższej. Los Stanisławy Leszczyńskiej wypełnił się w losie poniżonych, upodlonych, bezradnych i bezsilnych. W świecie, w którym zlikwidowano moralny system wartości zachowała ona wiarę w sens walki, w zwycięstwo dobra i życia. Zachowała ją nie tylko za siebie, lecz także za tych, którym jej zabrakło, którzy chcieli przeżyć za każdą cenę. „Mama” nosiła w sobie ogrom miłości i miłosierdzia. Kochała dzieci i kochała życie. Stała się matką bezbronnych, aby zwyciężył Człowiek i to, co w nim najlepsze. W swej beznadziejnej walce nie była samotna, bo nawet w obliczu śmierci nie jest samotny ten, kto tak mocno związany jest z innymi.

Bez słowa skargi odbywała swą ostatnią ludzką drogę ku drugiemu brzegowi życia. Umierała na raka i bardzo cierpiała. Umierała śmiercią głodową i znosiła to godnie i odważnie - tak, jak żyła.

Widziałem ją tylko raz. W roku 1970 miałem szczęście uczestniczyć w uroczystym koncercie ku czci Mamy Leszczyńskiej w łódzkim Teatrze Wielkim. Spotkała się wtedy z tą trzydziestką pozostałych przy życiu dzieci, jej oświęcimskich dzieci. A 11 marca 1974 roku, po drugiej stronie granicy, którą przekraczamy w lęku przed nieznanym, może powitała ją ta reszta, która z pewnością dobrze zapamiętała jej uśmiech i serdeczne ciepło rąk.

Pozwolę sobie na zakończenie zacytować słowa łódzkiego lekarza, doktora Bronisława Leszczyńskiego, syna pani Stanisławy, z jego wspomnień o matce:

Boga nikt nie widział, ale pieśnią żywą, mówiącą o Jego miłości do nas jest matka. Nie tylko moja matka, ale każda, która jest Jego służebnicą, bez względu na to, czy służy Mu w cichym domu, czy w piekle Oświęcimia. W służbie bowiem Bogu nie można zdradzić miłości ku człowiekowi, która jest jedynym czynnikiem, biorącym życie w obronę. Udowodniła to swoim życiem Stanisława Leszczyńska, matka nasza i oświęcimskich więźniarek, która mimo cierpień ponad ludzką wytrzymałość oraz ciągłego zagrożenia śmiercią za ratowanie innym życia - zachowała postawę służebnicy swego Boga.



 

ROBERTINO - MIŁOŚĆ ZBAWIAJĄCA

aldomar

9 sierpnia przypada 25. rocznica tragicznej śmieci 14-letnie Robertina, chłopca, który zrozumiał sens Krzyża, cierpienia i śmierci. Świadomie podaję tylko jego imię, gdyż ojciec Robertina wydał dyspozycję, że wszystkie materiały dotyczące życia i śmierci jego syna mogą być ujawnione dopiero po jego śmierci.

 

"Daj mi punkt oparcia, a uniosę świat. Tym punktem oparcia jest krzyż" – napisała kiedyś Simone Weil. W tej wypowiedzi kobiety-filozofa krzyż przestaje być czcigodnym znakiem, świętym symbolem, lecz nabiera wymiarów kosmicznych. Łączy w sposób rzeczywisty ziemię z niebem. A jeśli jest znakiem, to ognistym, pulsującym życiem, bolesnym krzykiem miłości, z którą się nie żartuje, jeśli jest znakiem, to bardzo często jest to znak sprzeciwu.

 

Znak krzyża znany był już dużo wcześniej, ale dopiero przez śmierć Zbawiciela zyskał szczególną moc i sens. Moc – ponieważ cała potęga piekła nie jest w stanie go unicestwić; sens – gdyż w nim niemożliwe staje się możliwe. Możliwe staje się naśladowanie przez grzesznego człowieka samego Boga, który jest Miłością.

W Wielki Piątek, we wszystkich naszych kościołach adorujemy “Drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”. Jednak zginanie kolan, gęboki pokłon i pocałunek składany na krzyżu nic nam nie pomogą, jeżeli sam krzyż pozostanie dla nas wyłącznie świątobliwym symbolem, a nie wiecznie krwawiącym wezwaniem do naprawy życia i świętości. Nie wystarczy zewnętrznie wyznawać znak krzyża, nie wystarczy powiesić go w sali sejmowej czy w klasach szkolnych, trzeba się wewnętrznie przepoić jego duchem. Chrystus stawia znak swojej męki w samym centrum wszechświata, nadaje mu rangę wydarzenia kosmicznego, ale jednocześnie stawia swój krzyż w centrum człowieka – dziecka kosmosu. Tylko na trudnej wąskiej drodze krzyża człowiek może ocalić własne człowieczeństo. Jak słusznie zauważa Cyprian Kamil Norwid w Promethidionie: Nie za sobą z krzyżem Zbawiciela, ale za Zbawicielem z krzyżem swoim, ta jest zasada wszechharmonii społecznej w chrześcijaństwie.

Nie sposób oddzielić krzyża od miłości. Tylko w świetle miłości można krzyż odgadnąć i zrozumieć; tylko krzyż może nauczyć miłości czystej i prawdziwej. Myśląc o męce i śmierci Chrystusa, myślimy o Jego miłości do ludzi. I słusznie. To przecież za nich ofiarował się, “bo sam chciał”. Będąc jednocześnie i Bogiem i człowiekiem, doskonale wyrażał swą ludzką wolą, wolę Bożą. Z krzyża Chrystusowego promieniuje nie tylko miłość Chrystusa-Boga do grzesznej ludzkości, lecz także miłość Boga Ojca do całej rodziny ludzkiej. Patrząc na krzyż winniśmy uświadomić sobie także tę ojcowską miłość, która nie zawahała się poświęcić w ofierze jedynego i umiłowanego Syna.

Z mojego ojca promieniowała miłość, wobec której nie można było być obojętnym – pisał 13-letni Robertino w wypracowaniu szkolnym na temat ojcostwa. - Jego ręce są pełne ciepłej dobroci, która rozlewa się na mnie i na ludzi, którzy z nim się stykają. Potrafi dostrzegać urok niepozornych. Dopiero patrząc na mojego ojca mogę rozumieć czym jest miłość Boga Ojca.

Robertino był Włochem. Urodził się w roku 1977. Matka zmarła kilka dni po urodzeniu chłopca. Dorastał we Włoszech, w Niemczech, w Ameryce – wszędzie tam, gdzie losy rzucały jego ojca. Pozwoliło mu to zdobyć bardzo szerokie horyzonty myślowe, otwartość na ludzi różnych narodowości, ras i kultur. Był chłopcem nad wiek rozwiniętym i inteligentnym. Posiadał ogromne możliwości percepcyjne. Szybko i łatwo przyswajał nowe treści nie tylko w szkole lecz także w licznych kontaktach z dorosłymi. Rozległe zainteresowania sprawiały, że z upodobaniem zbliżał się do ludzi wykształconych, od których czerpał wiedzę, którą następnie przy pomocy ojca, profesora uniwersyteckiego, przetwarzał w jednolity system wartości. Te cechy umysłowości sprawiały, że charakter miał niełatwy i był chłopcem raczej trudnym do prowadzenia. Ustępując ojcu lub nauczycielom, chciał być przekonany o tym, że to oni, a nie on mają rację, żądał logicznych argumentów. Kiedy ich zabrakło lub nie były dla niego w pełni przekonujące ustępował, ale nigdy nie omieszkał podkreślić, że czyni to z konieczności lub z miłości. W stosunku do rówieśników był miły, uczynny i serdeczny, ale i tu dawał o sobie znać jego trudny charakter. Przerastając ich intelektem, często nie potrafił się zdobyć na pokorę umysłu. Był urodzonym przywódcą grupy rówieśniczej, ale to przywództwo zbyt często łączył z surowym osądem, a nawet potępieniem i odrzuceniem.

Zdawał sobie doskonale sprawę ze swoich wad, nad którymi ubolewał. Stale zagrożony pychą, którą wytykał mu ojciec, podjął w wieku 11. lat systematyczną pracę nad sobą. Codziennie wieczorem robił szczegółowy rachunek sumienia, notując w specjalnym notesiku wszelkie uchybienia w stosunku do innych. Miłość do Boga nie jest uczuciowym drżeniem serca, lecz wyraża się w miłości do drugiego człowieka. Będę kochał tych, których mi kochać najtrudniej – zanotował w dzienniczku na zakończenie rekolekcji wielkopostnych w roku 1990.

Półtora roku później wziął udział w specjalnym przygotowaniu do Światowego Dnia Młodzieży z udziałem Jana Pawła II na Jasnej Górze. Animator grupy, do której należał wspomina, że górował nad innymi uczestnikami duchem modlitwy, skupienia, posłuszeństwa i samodyscypliny. A kiedy samodzielnie przygotował rozważania różańcowe, choć był najmłodszym uczestnikiem rekolekcji, młodzież uznała w nim swego rodzaju duchowego przywódcę.

6 sierpnia 1991 roku Robertino wraz ze swą grupą udał się na wieczorny spacer. Poszli do lasu. W pewnym momencie dostrzegli w oddali ogień. Palił się domek letniskowy. Chłopcy rzucili się do gaszenia, kiedy z domu dobiegł ich płacz dziecka. Płomienie uniemożliwiały wejście do środka. Wówczas Robertino, znalazł wolne od ognia okienko do piwnicy i wszedł przez nie do środka. W domu był 4-letni chłopiec, którego rodzice zostawili śpiącego i udali się w odwiedziny do przyjaciół z sąsiedztwa. Mały był w szoku. Nie pozwalał do siebie podejść. A czas naglił. Płomienie objęły strop, grożąc zawaleniem. Wreszcie Robertowi udało się chwycić chłopca i owiniętego w koce wyrzucić przez okno. Odwrót był już odcięty, a zwłoka spowodowana przestrachem dziecka, skończyła się tragedią.

Strażacy, którzy tymczasem przybyli do pożaru, wydobyli spod płonącej belki ciężko poparzonego chłopca. Robertino żył jeszcze i natychmiast został przewieziony do szpitala. Tam sprawa stała się zupełnie jasna. Miał spalone 80 procent powierzchni ciała. Ręce, którymi próbował odrzucić przygniatającą go belkę były niemal zwęglone. “Będzie miał szczęście, jeśli przed śmiercią nie odzyska przytomności” – orzekli lekarze.

Następnego dnia, o godzinie 5. rano odzyskał świadomość. Siedzącego przy jego łóżku księdza (opiekuna grupy) spytał, czy nic się nie stało dziecku, które wyrzucił przez okno. Mówienie sprawiało mu ból, więc ksiądz radził, by leżał spokojnie, to szybciej wyzdrowieje. Robertino uśmiechnął się. Tak lekarze mówią do ciężko chorych. Niech im ojciec nie wierzy. Ja niedługo umrę… Chciałbym umrzeć w piątek, jak Pan Jezus… To jeszcze długo, ale wytrzymam…

Wiele razy tracił przytomność i wiele razy ją odzyskiwał. Mimo podawanych środków przeciwbólowych cierpiał strasznie, ale wobec otoczenia starał się zachować spokój i pogodę. W ostatnim liście do ojca polecił napisać: Nie ma Cię przy mnie, Tatusiu. To dobrze. Mówiłeś, że jeżeli będę w życiu cierpiał, to nie powinienem dzielić się cierpieniem z tymi, których kocham… Mówiłeś też, że trzeba zawsze cierpieć godnie. Staram się teraz o to, ale gdybyś przyjechał, to nie udźwignął bym swojego i Twojego cierpienia. I przestał bym cierpieć godnie. Jak bym Cię zobaczył, na pewno bym płakał.

W przeddzień śmierci kazał sobie podać krzyż, z którym nie rozstał się już do końca. Leżał z przykniętymi oczami, a jego usta poruszały się w niemej modlitwie. Potem znów podyktował kolejny fragment listu do ojca: Dzięki Ci za to, że dałeś mi życie i wychowanie. Dziękuję Ci, że po śmierci mamusi nie oddałeś mnie do domu dziecka. To Ty nauczyłeś mnie wszystkiego, co było w moim życiu najważniejsze. Dziękuję Ci za to, że dałeś mi wiarę, że nauczyłeś mnie kochać Boga ponad wszystko, co istnieje. Uczyłeś mnie jak kochać ludzi, zwłaszcza tych najbiedniejszych i skrzywdzonych.

Był piątek 9 sierpnia. Robertino wyraził ostatnią wolę, by został pochowany przy matce oraz by po śmierci oddzielono mu serce i przekazano ojcu. Niech wie jak go kochałem i jak będę go kochał w niebie. Do rodziców zaś chłopca, któremu ocalił życie powiedział: Życie Patryka należy teraz trochę i do mnie. Może będzie misjonarzem, bo ja… już nie będę…

O godzinie 9:40 rozpoczęła się agonia. Robertino odmawia przyjęcia środków znieczulających. Pragnie umierać zupełnie świadomie. W liście do ojca kazał napisać: Teraz muszę odejść, Tatusiu, ale nie na długo. A może nawet będę mógł być bliżej Ciebie niż wtedy, kiedy mieszkałem w Rzymie, a Ty przez jakiś czas w Monachium. Moja gwiazdka nie zgaśnie. Będzie mrugała do Ciebie, kiedy spojrzysz w niebo. Jestem pewny, że pozostanę w Twoim sercu i w Twoich myślach. Będę szeleścił w Twoich papierach i Twoich książkach, dymem ofiarnym spłynę z Twoich modlitw, będę rozbrzmiewał w Twoim śmiechu, będę się tulił do Ciebie w zimowe wieczory i budził Cię słońcem poranka. Znajdziesz mnie w uśmiechu dobrych ludzi i w dotyku dziecięcych rąk. Bezdomnym psem przypadnę do Twoich stóp i głodnymi kotami otrę się o Twoje kochane ręce. A na końcu przyjdę i pocałunkami zamknę Ci oczy i wtedy będziemy już zawsze razem. Powiedz, czy to nie wspaniałe tak tęsknić za sobą, by się spotkać na zawsze? /…/ Duch mój klęka przed Tobą i prosi Cię o ostatnie błogosławieństwo. Jeszcze raz całuję Twoje ojcowskie dłonie. Nie mówię Ci, żegnaj Tatusiu. Mówię: do zobaczenia w niebie! Marana tha – Przyjdź, Panie Jezu!

W ostatnich słowach listu Robertina, w obliczu zbliżającej się nieuchronnie śmierci rozbrzmiewa nadzieja życia wiecznego i zmartwychwstania. Tak silna wiara i nadzieja może płynąć tylko z Chrystusowego krzyża. Tak rozbrzmiewa miłość zbawiająca człowieka. Miłość wyzwalająca od lęku śmierci, od rozpaczy i niepewności. Ten sam akcent wiary i nadziei na życie wieczne znajdujemy w ostatnich słowach Robertina.

Jest godzina 10:15. Chłopiec z trudem już oddycha. Kapłan zbliża krzyż do jego spieczonych ust. Przepraszam wszystkich – mówi Robertino – Do zobaczenia w niebie! Tatusiu… nie płacz… pomyśl, że wyjechałem do Australii…

Nie sposób nie uświadomić sobie jedynej konieczności i jedynej pewności ludzkiej egzystencji, jaką jest śmierć. W życiu wiary śmierć nie jest zaprzeczeniem życia, nie jest spadaniem w niebyt. Śmierć wierzącego opromieniona jest nadzieją zmartwychwstania do życia wiecznego. Po Wielkim Piątku nieuchronnie nadchodzi Wielka Niedziela. Ale na taką pewność w godzinie śmierci zasługujemy życiem skierowanym ku Bogu, który jest Bogiem żywych, a nie umarłych.

 

 

 

 

GLORIA VICTIS

aldomar

Gloria_VictisNa kolanach taty uczyłem się ojczystego pacierza...
Mówił:
ucz się dziecko polskiej mowy,
tam za oknem to są groby...
Elementarz i cmentarz
parady, defilady
werble, szrapnele,
kurz i pył
i krew ofiarna,
zdradziecki strzał
i myśl cmentarna,
radość i łza.
I były drogi –
najgorsze z dróg
modlitwa cicha –
ktoś odszedł znów.
I było miasto –
niezwyciężone
nieujarzmione i niepokorne,
miasto wspaniałe,
zranione miasto,
stosy kamieni,
dym i swąd,
leje po bombach,
rozbity dzwon
i cisza...
lęk...
Uczyłem się ojczystego pacierza
na kolanach ojca,
ale nie mogłem zdobyć się
na współczucie ni żal.
Obca mi była radość zwycięstwa
i ból klęski
i duma z dobrze spełnionego obowiązku
wobec ojczyzny
i nerwowe drżenie kolan przed bitwą
i chwała zwyciężonych.
A tamten?
Miał jak ja trzynaście lat,
a za sobą wiele celnych rzutów granatem.
Dotąd miał szczęście –
ale tym razem...
daleki wybuch zagłuszył klekot karabinu
maszynowego.
Padając
wyciągnął przed siebie rękę
jakby chciał znaleźć koniec kurtyny,
by ją odchylić,
by zobaczyć
Świt.
Na kolanach taty nauczyłem się ojczystego pacierza.

 

 

WIDZIANE Z ODDALI 30 czerwca 2016

aldomar

 

Można powiedzieć: DZIEJE SIĘ! Prezes pisu, poseł Kaczyński, tak się rozbestwił, że już nie kryje swoich zamiarów. Doszedł do wniosku, że po utracie władzy przez pis Trubunał Konstytucyjny mu nie grozi, gdyż formalnie jest szeregowym posłem. A posłowie pisu robią różne rzeczy, gdyż są idiotami. Póki co jednak za idiotyzm żadna kara posłom nie grozi. Taki wierszyk znalazłem w necie:

wiersz

***W Poznaniu odbyły się uroczystości związane z okrągłą rocznicą Poznańskiego Czerwca. Prezydent Poznania zaprosił na tę uroczystość prezydenta Lecha Wałęsę. Był także obecny rezydent Pałacu Prezydenckiego, Andrzej Duda. Jego pojawienie powitano gwizdami.

Nalepsze przemówienie wygłosił Prezydent Poznania, Jacek Jaśkowiak. Miałem nieodparte wrażenie, że nie mówi on o historii, z którą związana jest ta uroczystość, lecz o czasach współczesnych. Na przykład: "Po stłumieniu Powstania, jego uczestników nazwano „rebeliantami”, „mętami społecznymi”, „agentami imperializmu amerykańskiego”, „bandytami politycznymi”. Tak władza dzieliła społeczeństwo, by zafałszować fakty". Czy nie jest to opis kłamliwych wystąpień posła Kaczyńskiego? Otóż jest. Prezydent Jaśkowiak mówił dalej "Wydarzenia i postawa bohaterów tamtych dni powinny stanowić dla nas dzisiaj swoiste memento. Deptanie wolności, praw obywatelskich i politycznych, rządy wbrew społeczeństwu, zniewalanie sumień – prędzej czy później prowadzą do katastrofy. Niech tragiczny czas Poznańskiego Czerwca 1956 roku uczy nas, że każde nadużycie władzy zwiastuje początek jej końca".  Kaczyński, Duda, Szydło i inni pisowscy rządzący nie mogą już powiedzieć, że nie zostali ostrzeżeni. Zostali. I to bardzo wyraźnie.

***W czerwcu 1956 roku władza komunistyczna wysłała do Poznania wojsko. W 60. rocznicę tamtych wydarzeń, największy świrus w rządzie, Antoni Macierewicz, także przywlókł do Poznania wojsko. Tylko po to, by bez sensu powiązać rocznicę Czerwca z katastrofą smoleńską. Odbył się apel poległych, w czasie którego liczne świrusy nazywały katastrofę zamachem, a tych którzy zginęli określano mianem tych, którzy polegli.

Czy jest w Polsce większa paranoja, niż paranoja smoleńska? Normalni Polacy zaczęli opuszczać zgromadzenie kiedy zaczynał się ten kuriozalny, oszukańczy i kłamliwy apel "poległych".

 

***Przewodniczący Sejmowej Komisji (O, ironio!) Praworządności i Praw Człowieka, były komunistyczny prokurtor oskarżający członków "Solidarności", Stanisław Piotrowicz (zapamietajcie nazwisko tego komucha!) wyrzucił z posiedzenia komisji dziennikarzy i kamery.

Czyżby pis zaczynał się wstydzić swoich poczynań?

 

***Jest w pisie poseł, Dominik Tarczyński. Zasłynął on wielu chamskimi i wulgarnymi odzywkami na Twitterze, a ostatnio chamskim niegodnym nie tylko posła na sejm, ale nawet ostatniego z meneli atakiem na prezydenta Lecha Wałęsę, którego nazwał bydlakiem. Pisowski matoł ubliża człowiekowi tak zasłużonemu dla Polski. Czy to może się zmieścić w normalnej głowie?

Pominąłbym ten fakt milczeniem, ponieważ do skurwysyństwa pisowców zdążyłem przywyknąć, ale moje zdumienie budzi fakt, że ten pisowski menel jest absolwentem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Słyszałem, że oprócz przekazywania wiedzy, katolickie uniwersytety dają swym absolwentom formację ludzką i katolicką. No to wypada tylko pogratulować KUL-owi tej formacji. Pamiętam odczyt innego łobuza, niejakiego Brauna, który w murach KUL-u atakował po chamsku byłego Wielkiego Kanclerza tej uczelni, abp. Józefa Życińskiego. Czy można zatem się dziwić, że polskie świątynie powoli, bo powoli, ale pustoszeją. Wkrótce pozostanie tam samo kołtuństwo.

 

List do ks. Jerzego Popiełuszki

aldomar

 Tekst ten napisałem po obejrzeniu filmu "Wolność jest w nas". Przypominam go, bo z roku na rok staje się coraz bardziej aktualny.


Twoje ideały były tak proste, jak chrześcijaństwo. Godność, wolność od lęku, nienawiści, żądzy odwetu. Mówiłeś o solidarności i budowaniu wspólnoty. Pokazywałeś jak mieć "tak za tak i nie za nie... bez światłocienia".
Co z tego zostało? Czy widzisz to dziś stamtąd, gdzie jesteś? Musisz być zszokowany. "Solidarność", ta sentymentalna panna "S", to dzisiaj wredna baba, która lata jak z piórem za pisem. Zrzesza dziś hipokrytów biegających po jednaj z najpiękniejszych ulic Stolicy z pochodniami, krzyżami, różańcami. Tamci, młodzi, których znałeś, to dziś zgorzkniali i sfrustowani starcy, a kolejne pokolenie pojęcia nie ma, za co oddałeś życie.

Kiedyś wyszedłeś z sali rozpraw. Powiedziałeś, że uciekasz przed nienawiścią. Uciekłeś na sądowy korytarz. I już byłeś wolny od pogardy i nienawiści. Miałeś gdzie uciec, Księże Jerzy. Dziś nie miałbyś gdzie uciec. Wraz z ostatnimi wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi nienawiść rozlała się po Polsce jak szambo. Jej smród unosi sie nad Warszawą, nad Żoliborzem, nad kościołem św. Stanisława, który za Twoich czasów był azylem wolności i godności człowieka.

A jak by wyglądała dziś Twoja litania? Czy dodałbyś:
- Matko fałszywie oskarżanych o zamach na prezydenta!
- Matko rozbijających wspólnotę narodu!
- Matko opętanych rządzą władzy i odwetu!

Dodał byś takie wezwania?

A wiesz jak się zmieniła Jasna Góra? Pod "pałacem Królowej Polski, gdzie podobno przy sercu Matki bije serce narodu" rozłożyły się kramy handlujące kłamstwem i nienawiścią. A brygady, które dziś nazywamy "moherowymi", uzbrojone w parasolki i słowa-miecze potrafią zbluzgać i obić dziennikarzy, a z wałów jasnogórskich pewien redemptorysta hańbiący nieustannie imię Maryi hadlował kiedyś komórkowymi telefonami w imieniu innego oszusta. Za twoich czasów to był dom modlitwy. Dziś stał się jaskinią zbójców. Jaskinią do której "pielgrzymują" pod narodowymi hasłami młodzi Polacy pragnący upodobnić się do nazistów, nie pamiętając o zbrodniach, jakie ta obłakana ideologia popełniła na polskiej ziemi.

Może myślisz, Księże Jerzy, że rewolucja "Solidarności" się nie udała? Może myślisz, że to wszystko co Ci piszę robi Jaruzelski, Kiszczak i Urban? Masz prawo tak myśleć, bo przecież przed tron Boga płynie tak często śpiew "Ojczyznę wolną, racz nam wrócić, Panie" i "Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana". Ale to nieprawda. Twoja i nasza ojczyzna jest wolna. Do twoich uszu dobiegają tylko slowa "zmienione chytrze przez krętaczy". Słowa, które muszą być najwyższą obrazą Boga. Tego który powiedział o sobie: "Ja jestem Prawdą".

A wiesz, Księże Jerzy, ile nienawiści i chamstwa na internetowych forach? Nie uwierzyłbyć, ale najwięcej tego chamstwa spotkałem na forach, gdzie gromadzą się katolicy. To pewnie dzieci i wnuki Twoich przyjaciół sprzed lat. Może to także ci młodzi, którzy na Twoim pogrzebie trzymali transparent: "Słowa Twoje poniesiemy".

Czy warto było, Księże Jerzy? Czy nie żałujesz, że nie pojechałeś do Rzymu i nie ocaliłeś życia? Czy nie wkurza Cię wspomnienie własnej męki i śmierci za coś, po czym pozostało tylko wspomnienie? Mnie by wkurzało. Ale ja nie jestem święty, jak Ty.

Nie życzę Ci, wiecznego odpoczynku, bo go mieć nie będziesz. Jeszcze wiele lat byle nienawistny szmondak, opętany żądzą władzy, pieniędzy i odwetu będzie sobie wycierał gębę twoim imieniem, bedzie się podszywał pod Twoje życie i śmierć. Nie mówię Ci więc "Odpoczywaj w pokoju". Powiem Ci: Trzymaj się Księże Jerzy. Trzymaj się tak jak kiedyś, bez lęku przed tym, co się stanie.

 

 

© Aldomar
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci