Menu

Aldomar

Polityka polska budzi coraz większe emocje. Inaczej widzi się ją z kraju, inaczej z oddali takiej jak ja ją widzę. Coraz częściej wywołuje pusty śmiech. Polacy w kraju sami, dobrowolnie postanowili zmienić wszystko... na gorsze.

OTWARTE OKNO W DOMU OJCA (wspomnienia dziadka)

aldomar

Bez większego echa minęła rocznica śmierci Jana Pawła II. Ważniejsze było to co robi jakiś moralny karzeł z Żoliborza, ważniejsze były głupoty wyprawie przez jakiego Dudę, Szydło, Waszczykowskigo, Błaszczaka i innych pisich kretynów. Dlatego ja postanowilem Go wspomnieć. Ot tak zwyczajnie po ludzku, gdyż w tamtych dniach mieszkałem w Rzymie i jeszcze wierzylem w Boga, więc przywołuję tamten nastrój i tamtą moją wiarę, która już nie wróci.

Sobota, 2 kwietnia. Jest już późno, trzeba jechać do domu. Wychodzę z Pałacu Apostolskiego przez Spiżową Bramę. Jest źle, ale gdzieś blisko serca kołacze się nadzieja. Wychodzę na Plac Św. Piotra. Mijam modlące się grupy ludzi. Spoglądam na okna papieskich apartamentów. Cisza. Okna zamknięte. Żadnego ruchu. Przecinam plac, by wąskimi uliczkami dotrzeć do Santa Maria alle Fornaci. Tam w małym klasztornym hoteliku zakwaterowałem swoich gości z Polski i tam parkuję mój samochód. Nie ma ich w hotelu. Pewnie są na Placu św. Piotra. Zobaczymy się jutro. Obiecałem, że na niedzielną Mszę św. zabiorę ich do San Cesareo, małego, starego kościółka blisko Termów Caracalli. To był kościół tytularny kardynała Wojtyły.
Przypomniałem sobie rok7 1967, kiedy wróciłem z rodzicami z Polski do Italii. Tęskniłem za Polską. I wtedy dowiedziałem się, że Paweł VI mianował kardynałem Arcybiskupa Krakowskiego. Raz widziałem go na Jasnej Górze. Robił dobre wrażenie. Miał miły uśmiech i jakiś wyraz pokory i skupienia w twarzy. Nie taki „wykrochmalony” jak inni biskupi. Ojciec załatwił mi bilet do Kaplicy Sykstyńskiej. To on. Poznaję. Klęka przed papieżem Pawłem, który wkłada mu na głowę Beretta Rossa: Na chwałę Boga Wszechmogącego – mówi papież – i na chwałę Kościoła, przyjmij tę oznakę godności kardynalskiej, dla której musisz się stać obrońcą wiary, aż do przelania krwi. „Taki młody i już kardynał” – mówi ktoś obok. Może dlatego rozległy się po raz pierwszy brawa, gdy właśnie kardynał Wojtyła podszedł do papieża.
Włączam radio w samochodzie. Już dzisiaj nie będzie żadnego komunikatu o stanie zdrowia Papieża. Jadę więc do domu. Zaciskam ręce na kierownicy. Na Lungotevere przyśpieszam. Po drugiej stronie Tybru wybieram znajome ulice najmniej ruchliwe o tej porze.
W domu oczekuje mnie bratanek i kilku jego kolegów. Chcą się czegoś dowiedzieć, a ja wiem tyle co i oni. Bez zmian. Trzymamy włączony telewizor i Radio Watykańskie. Młodzi pytają mnie o papieża, domagają się wspomnień. Opowiadam o Polsce o pierwszym z nim spotkaniu w roku 1970 w Krakowie. Jakoś robi nam się lżej na duszy.
Już późno. Chłopcy i dziewczęta zbierają się do wyjścia. I wtedy... na ekranie telewizora pojawia siê Plac św. Piotra... Il nostro amatissimo Papa Giovanni Paolo ha tornato alla casa del Patre... Stoimy przed telewizorem, milczymy… Idźcie już – przerywam milczenie – Lei ha tornato alla casa del Padre… Wrócił do domu Ojca – dodaję po polsku. Patrzą na mnie pytająco. Już wiedzą, że chcę zostać sam. Wychodzą.
Chodzę po pokoju bez celu. Już nie słyszę ani radia, ani telewizji. Dociera do mnie tylko tyle, że pielgrzymi zebrani pod papieskim oknem zaczynają wspólną modlitwę. Wiem, że muszę wyjść z domu. Ale gdzie?
Wychodzę. Nie zamykam domu. Nie wiem gdzie są klucze. Zresztą po co? W domu Ojca Mego jest mieszkań wiele…Ruszam przed siebie bez celu. Dochodzę do Via Merulana. Tu zawsze były procesje na Boże Ciało. To On je przywrócił Rzymowi – od Santa Maria Maggiore do San Giovanni. Mijam znajomą restaurację, gdzie zawsze rano piję pierwsze espresso. Właściciel próbuje pozbyć się grupu Japończyków: Nie ma nic! Wychodzić! Zamykamy! No more Pope… No mangiare! Niente! Va via! Close! Va via! Zdezorientowani Azjaci nic nie rozumieją, ale opuszczają restaurację i ruszają w kierunku dworca Termini, gdzie mają nadzieję coś zjeść. W oknie restauracji portret Jana Pawła uśmiechniętego. Wykonało się!
Ha tornato…Ha tornato… Ha tornato… Słowa nadają rytm moim krokom. W głowie pustka. Dlaczego tak zimno koło serca? Mam dreszcze? Chyba się rozchoruję. Duch ochoczy, tylko ciało mdłe. Tylko nogi pracują rytmicznie: ha tornato… ha tornato… Reszta ciała stara się nadążyć za nogami i nadąża, bo czy ma inne wyjście? Dopiero na Via Nazionale widzę wypełnione ludźmi autobusy jadące w kierunku San Pietro. Nikt nie idzie w przeciwnym kierunku. Ktoś o coś pyta. Nie mogę zrozumieć o co mu chodzi. Aha! Pokazuję ręką kierunek i ruszam dalej, przed siebie, gdzieś, nie wiem gdzie. Wiem tylko, że muszę iść, ciągle iść… Ha tornato!

Santo subito! Santo subito! – skandują Włosi. Wiatr przewraca karty Ewangeliarza na trumnie. Po co mówić? To oczywiste. San Giovanni Paolo Magno, biskup Rzymu nie z Rzymu; „z dalekiego kraju” a taki bliski; „sługa sług Bożych” a przecież Ojciec… Szukał nas przez 26 lat i wreszcie przyszliśmy do Niego. Siedzę owinięty w profesorską togę i słucham co mówi o Nim kardynał Razinger… Ale czy o Nim mówi? Czy w ogóle można o Nim coś powiedzieć… Pozostaje milczenie, które jest samą modlitwą przed Bogiem – tak mówił u początku swego pontyfikatu, kiedy ani my, ani On sam, nie mogliśmy zrozumieć planów Opatrzności, która Go wezwała i kazała Mu zamienić Kraków na Rzym, purpurę na biel, Stanisława na Piotra.

Każdego dnia długie szeregi pielgrzymów zstępują w Watykańskie Groty, gdzie grób w ziemi i marmurowa płyta z napisem. Przychodzą do Niego tak, jak przychodzili przez blisko 27 lat. Kiedyś pragnęli go dotknąć, raz mało nie urwali rękawa białej sutanny, później już tylko chcieli, by na nich spojrzał. Viva il Papa! Krzyczeli, bili brawo, machali sztandarami. Niczego by Mu nie odmówili. Przy Nim czuli się silni, nawet ci na inwalidzkich wózkach, bo On ich wypełniał siłą swej wiary, niezłomnością nadziei, żarem miłości. A oni oddawali Mu miłość za miłość, serca za serce, uśmiech za uśmiech. I nawet nie potrafili sobie wyobrazić, żeby Go nie było, żeby zabrano Go sprzed ich oczu. Pod Jego czujnym spojrzeniem dorastali, dojrzewali, starzeli się.
A potem pokazał nam, że nie tylko umie mówić o cierpieniu, ale i cierpieć. Pokazał nam, że dobrowolnie przyęte cierpienie ma moc zbawczą, a miłość mu towarzysząca jest miłością zbawiającą. Umieszczał to swoje cierpienie w świecie idei ofiary. Sam składał w ofierze siebie, stopniowo – najpierw drżącą ręką, później słabnące nogi, wreszcie to, na co zawsze czekaliśmy: głos. Któż jest w stanie zrozumieć ból tej chwili, gdy stanął w oknie i chciał nam coś powiedzieć, i nie mógł. Krzyż wpisany był w Jego życie tak, jak wpisany był w dzieje jego narodu. Skoro nie mogę już do was mówić, pozwólcie mi odejść. To ten sam akt poddania się Bożej woli, który na konklawe w roku 1978 kazał mu powiedzieæ: W duchu posłuszeństwa… przyjmuję wybór.
Minęło tyle lat, a przecież cięgle o Nim mówimy. Tu był, tu coś powiedział. Chodząc po Rzymie, stale się z Nim spotykamy, stale nasze drogi krzyżują się z Jego drogami – w bazylikach, kościołach, szpitalach, więzieniach – wszędzie jest, bo wszędzie “cząstkę swej duszy zostawił”. Odszedł do domu Ojca, wszystkich nas tam wyprzedził. Już nie musi wierzyć, bo wie. Już nie potrzebna Mu nadzieja, bo osiągnął wszystko. Już widzi twarzą w twarz. Nie ma już cierpienia, nie ma bólu – została tylko miłość, ta jedna, która trwa i trwać będzie zawsze, która nigdy się nie kończy. I dlatego nie zamknął okna, tam, w domu Ojca… i dlatego wciąż czujemy na sobie Jego uważne spojrzenie.
GAO

 
 
 

HEROD I INNI

aldomar

 

HEROD I INNI

W ostatnich dniach Internet zagotował się na temat 10. sierot z Syrii nie wpuszczonych do Polski. Przypomniał mi się tekst, który napisałem wiele lat temu, by Amerykanom pokazać postać pewnej Polki. Jeszcze wtedy wierzyłem w Boga. Dziś wierzę tylko w Człowieka, ale ta wiara, podobnie jak wiara w Boga czasem zawodzi. Dziś ten sam tekst dedykuję Herodom: Błaszczakowi, Dudzie, Szydło i Kaczyńskiemu.

20 lutego 1943 roku Stanisława Leszczyńska wraz z córką Sylwią została aresztowana przez Gestapo. Dwaj jej synowie - Stanisław i Henryk - przebywali już w obozie koncentracyjnym Mauthaussen-Gusen. Mąż zginął poźniej w czasie Powstania Warszwskiego trafiony w brzuch odłamkiem pocisku. Dwa miesiące od momentu aresztowania, 17 kwietnia 1943 r., Stanisława Leszczyńska została przewieziona razem z córką do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu-Brzezince, gdzie oznaczono ją numerem obozowym 41335.

Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Pytanie trzech nieznanych przybyszów ze Wschodu wstrząsnęło nie tylko Herodem. Zadrżeli dworzanie i urzędnicy, kapłani i przywódcy narodu. Doznali wstrząsu i to nie tyle z powodu zaskoczenia, ile strachu. Co uczyni władca Judei na wieść o pretendencie do tronu? Kto się ostoi wobec gniewu potwora, który chodzi nocami po korytarzach pałacu i wyje jak dziki zwierz, wołając poduszonych synów i brata, którego z obłędnej miłości kazał otruć. Kto uniknie zemsty tego, który pisał do cesarza Augusta: Zabijam, ponieważ mogą przestać mnie kochać! A ja chcę, żeby mnie kochali! Imperator Rzymu uważał go za szaleńca. Kazał więc Cyrynowi, legatowi Syrii, wnikać we wszystkie sprawy Judei.

Herod opanował się wobec dostojnych gości ze Wschodu, królów czy kapłanów. Może nie wiedział, jak wielka jest ich władza, jakie układy mogą ich łączyć z wszechwładnym Rzymem? A może odezwał się w nim zręczny polityk, dla którego liczyła się tylko skuteczność w osiągnięciu celu. Grzecznie wyprawił więc Mędrców do Betlejem i uprzejmie prosił, by powiadomili go o miejscu pobytu królewskiego Dziecka, aby i on sam mógł oddać Mu należny pokłon.

Czy już wtedy w umyśle Heroda zalęgła się zbrodnia wymierzona przeciwko bezbronnym? Na pewno tak, choć nie na taką skalę. Dopiero gdy go Mędrcy zawiedli, gdy „inną drogą wrócili do swej ojczyzny”, wpadł w gniew. Liczył się już tylko cel. W Betlejem i okolicy rozległ się krzyk mordowanych i jęk matek opłakujących synów.

Czy była to pierwsza zbrodnia popełniona na bezbronnych dzieciach? Z pewnością nie. Może tylko pierwsza opisana przez kronikarzy. Może pierwsza, ale nie ostatnia.

* * *

Nazywała się Stanisława Leszczyńska i pochodziła z Łodzi. W roku 1922 ukończyła Państwową Szkołę Położniczą w Warszawie i rozpoczęła pracę położnej - w służbie matce i dziecku. Lubiła swój zawód, ponieważ bardzo kochała małe dzieci. Trudny był teren jej działalności w przedwojennej Łodzi. Zamieszkiwała go biedota, więc biegnąc do porodu, dźwigała w torbie nie tylko lekarstwa i opatrunki, lecz także coś słodkiego, by umilić smutne i twarde życie dzieci, oczekujących na powrót matek z fabryk.

Zawsze uśmiechała się na wspomnienie dziecka, któremu pomogła przyjść na świat. Dziecko było dla niej największym cudem, a sam akt rodzenia najwspanialszym biologicznym uniesieniem natury. To była poezja jej życia, bo jeśli podstawą poezji - jak twierdzi Robert Graves - jest miłość, to Stanisława Leszczyńska była poetką.

20 lutego 1943 roku Stanisława Leszczyńska wraz z córką Sylwią została aresztowana przez Gestapo. Dwaj jej synowie - Stanisław i Henryk - przebywali już w obozie koncentracyjnym Mauthaussen-Gusen. Mąż zginął poźniej w czasie Powstania Warszwskiego trafiony w brzuch odłamkiem pocisku. Dwa miesiące od momentu aresztowania, dnia 17 kwietnia 1943, Stanisława Leszczyńska razem z córką została przewieziona do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu-Brzezince, gdzie oznaczono ją numerem obozowym 41335.

Kiedy w bloku, gdzie przebywały chore więźniarki, zachorowała ciężko zawodowa położna, Schwester Klara, Niemka zabijająca rodzące się tam dzieci, pani Stanisława zastąpiła drogę obozowemu lekarzowi, prosząc o powierzenie jej funkcji położnej. Zaryzykowała życie, gdyż taki gest odwagi mógł się skończyć tragicznie. Chyba tylko zaskoczeniu SS-mana należy przypisać jego decyzję pozostawienia pani Leszczyńskiej w tak zwanym rewirze, czyli „izbie chorych”.

W kilka dni później stanęła przed obliczem osławionego doktora Mengele, który polecił jej, by wszystkie dzieci natychmiast po urodzniu zabijała, tak jak czyniła to poprzednia położna Schwester Klara i jej pomocnica, niemiecka prostytutka Schwester Pfani. Topiły one nowo narodzone dzieci w beczce. Po każdym porodzie, z pokoju tych kobiet dochodził do uszu matek głośny bulgot i plusk wody. Wkrótce potem matka mogła ujrzeć ciało swego dziecka wyrzucone przed blok i szarpane przez szczury. Doktor Mengele ostrzegł panią Stanisławę, że za niewykonanie rozkazu czeka ją śmierć.

Stanisława Leszczyńska gotowa była jednak umrzeć w obronie życia dziecka. - Nie, nigdy. Nie wolno zabijać dzieci! -odpowiedziała po niemiecku. Do drżących z niepokoju matek mówiła: Nigdy nie wykonam ich rozkazu, dla maleńkich niewiniątek nie będę Herodem, nigdy!

I udało się. Nikt nie doniósł Niemcom. Ponad trzy tysiące razy krzyk nowo narodzonego dziecka obwieszczał światu, że pani Stanisława Leszczyńska nie wykonała rozkazu.

* * *

Porody odbywały się na niskim murku ogrzewczym, przeważnie zimnym. Rozłożony był na nim koc, ruszający się od wszy. Przed rozpoczęciem porodu Mama Leszczyńska, jak ją nazywały więźniarki, klękała przy murku, kryła twarz w dłoniach i modliła się: Matko Boża, załóż choć jeden pantofelek i przybądź szybko z pomocą.

W epoce „dymiących pieców”, w dobie zaprzeczenia człowieczeństwa, w miejscu, gdzie nikt nie dbał o życie, zwykła położna modliła się, by poród się udał. I wszystko graniczyło z cudem. Przy braku środków opatrunkowych i narzędzi chirurgicznych, przy braku wody nawet, w antyseptycznych warunkach - nie było zakażeń połogowych.

Mama Leszczyńska codziennie rzucała na szalę własne życie. Codziennie musiała wybierać i wybierała. Wybierała życie dziecka, obcego dziecka. Czy dziś udało by jej się zrozumieć kobiety maszerujące ulicami miast amerykańskich, włoskich, polskich, irlandzkich i domagających się prawa do decydowania o życiu dziecka, ich dziecka? A cóż powiedzieć o lekarzach, więźniach Oświęcimia-Brzezinki, którzy walczyli o życie stracone i za to stracone życie oddawali własne?

W nocy z 5. na 6. grudnia 1943 roku urodził się kolejny maleńki więzień. Mama Leszczyńska podała go osiemnastoletniej więźniarce, Marii Oyrzyńskiej - nr 40275, mówiąc: A teraz najważniejsze - ochrzcimy dziecko. Dziecko musi być natychmiast ochrzczone. Pamiętaj, że nikt inny tylko my jesteśmy za to odpowiedzialne. Dzieci nie mogą umierać bez chrztu świętego. To był pierwszy chrześniak młodziutkiej Marii. Położna uniosła nad głową dziecka kubek z wodą: Adamie, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Jak na warunki obozowe Adaś żył długo - całe trzy tygodnie. Czy warto było się narażać? Czy warto było narażać się dla rodzących Żydówek, wobec których obowiązywały surowsze zarządzenia? Żydowskim dzieciom nie wolno było nawet obcinać pępowiny, miały razem z łożyskiem być wyrzucane do kubła na śmieci. Czy warto było rzucać na szalę własne życie? Czy warto było, skoro z trzech tysięcy odebranych przez Mamę Leszczyńską porodów przeżyło trzydzieścioro dzieci? Kilkaset wywieziono do Nakła w celu zniemczenia, 1500 zostało utopionych przez Klarę i Pfani, a tysiąc zmarło z zimna i głodu.

Miarą wielkości człowieka są akty odwagi i poświęcenia podejmowane w obliczu stawki najwyższej. Los Stanisławy Leszczyńskiej wypełnił się w losie poniżonych, upodlonych, bezradnych i bezsilnych. W świecie, w którym zlikwidowano moralny system wartości zachowała ona wiarę w sens walki, w zwycięstwo dobra i życia. Zachowała ją nie tylko za siebie, lecz także za tych, którym jej zabrakło, którzy chcieli przeżyć za każdą cenę. „Mama” nosiła w sobie ogrom miłości i miłosierdzia. Kochała dzieci i kochała życie. Stała się matką bezbronnych, aby zwyciężył Człowiek i to, co w nim najlepsze. W swej beznadziejnej walce nie była samotna, bo nawet w obliczu śmierci nie jest samotny ten, kto tak mocno związany jest z innymi.

Bez słowa skargi odbywała swą ostatnią ludzką drogę ku drugiemu brzegowi życia. Umierała na raka i bardzo cierpiała. Umierała śmiercią głodową i znosiła to godnie i odważnie - tak, jak żyła.

Widziałem ją tylko raz. W roku 1970 miałem szczęście uczestniczyć w uroczystym koncercie ku czci Mamy Leszczyńskiej w łódzkim Teatrze Wielkim. Spotkała się wtedy z tą trzydziestką pozostałych przy życiu dzieci, jej oświęcimskich dzieci. A 11 marca 1974 roku, po drugiej stronie granicy, którą przekraczamy w lęku przed nieznanym, może powitała ją ta reszta, która z pewnością dobrze zapamiętała jej uśmiech i serdeczne ciepło rąk.

Pozwolę sobie na zakończenie zacytować słowa łódzkiego lekarza, doktora Bronisława Leszczyńskiego, syna pani Stanisławy, z jego wspomnień o matce:

Boga nikt nie widział, ale pieśnią żywą, mówiącą o Jego miłości do nas jest matka. Nie tylko moja matka, ale każda, która jest Jego służebnicą, bez względu na to, czy służy Mu w cichym domu, czy w piekle Oświęcimia. W służbie bowiem Bogu nie można zdradzić miłości ku człowiekowi, która jest jedynym czynnikiem, biorącym życie w obronę. Udowodniła to swoim życiem Stanisława Leszczyńska, matka nasza i oświęcimskich więźniarek, która mimo cierpień ponad ludzką wytrzymałość oraz ciągłego zagrożenia śmiercią za ratowanie innym życia - zachowała postawę służebnicy swego Boga.



 

ROBERTINO - MIŁOŚĆ ZBAWIAJĄCA

aldomar

9 sierpnia przypada 25. rocznica tragicznej śmieci 14-letnie Robertina, chłopca, który zrozumiał sens Krzyża, cierpienia i śmierci. Świadomie podaję tylko jego imię, gdyż ojciec Robertina wydał dyspozycję, że wszystkie materiały dotyczące życia i śmierci jego syna mogą być ujawnione dopiero po jego śmierci.

 

"Daj mi punkt oparcia, a uniosę świat. Tym punktem oparcia jest krzyż" – napisała kiedyś Simone Weil. W tej wypowiedzi kobiety-filozofa krzyż przestaje być czcigodnym znakiem, świętym symbolem, lecz nabiera wymiarów kosmicznych. Łączy w sposób rzeczywisty ziemię z niebem. A jeśli jest znakiem, to ognistym, pulsującym życiem, bolesnym krzykiem miłości, z którą się nie żartuje, jeśli jest znakiem, to bardzo często jest to znak sprzeciwu.

 

Znak krzyża znany był już dużo wcześniej, ale dopiero przez śmierć Zbawiciela zyskał szczególną moc i sens. Moc – ponieważ cała potęga piekła nie jest w stanie go unicestwić; sens – gdyż w nim niemożliwe staje się możliwe. Możliwe staje się naśladowanie przez grzesznego człowieka samego Boga, który jest Miłością.

W Wielki Piątek, we wszystkich naszych kościołach adorujemy “Drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”. Jednak zginanie kolan, gęboki pokłon i pocałunek składany na krzyżu nic nam nie pomogą, jeżeli sam krzyż pozostanie dla nas wyłącznie świątobliwym symbolem, a nie wiecznie krwawiącym wezwaniem do naprawy życia i świętości. Nie wystarczy zewnętrznie wyznawać znak krzyża, nie wystarczy powiesić go w sali sejmowej czy w klasach szkolnych, trzeba się wewnętrznie przepoić jego duchem. Chrystus stawia znak swojej męki w samym centrum wszechświata, nadaje mu rangę wydarzenia kosmicznego, ale jednocześnie stawia swój krzyż w centrum człowieka – dziecka kosmosu. Tylko na trudnej wąskiej drodze krzyża człowiek może ocalić własne człowieczeństo. Jak słusznie zauważa Cyprian Kamil Norwid w Promethidionie: Nie za sobą z krzyżem Zbawiciela, ale za Zbawicielem z krzyżem swoim, ta jest zasada wszechharmonii społecznej w chrześcijaństwie.

Nie sposób oddzielić krzyża od miłości. Tylko w świetle miłości można krzyż odgadnąć i zrozumieć; tylko krzyż może nauczyć miłości czystej i prawdziwej. Myśląc o męce i śmierci Chrystusa, myślimy o Jego miłości do ludzi. I słusznie. To przecież za nich ofiarował się, “bo sam chciał”. Będąc jednocześnie i Bogiem i człowiekiem, doskonale wyrażał swą ludzką wolą, wolę Bożą. Z krzyża Chrystusowego promieniuje nie tylko miłość Chrystusa-Boga do grzesznej ludzkości, lecz także miłość Boga Ojca do całej rodziny ludzkiej. Patrząc na krzyż winniśmy uświadomić sobie także tę ojcowską miłość, która nie zawahała się poświęcić w ofierze jedynego i umiłowanego Syna.

Z mojego ojca promieniowała miłość, wobec której nie można było być obojętnym – pisał 13-letni Robertino w wypracowaniu szkolnym na temat ojcostwa. - Jego ręce są pełne ciepłej dobroci, która rozlewa się na mnie i na ludzi, którzy z nim się stykają. Potrafi dostrzegać urok niepozornych. Dopiero patrząc na mojego ojca mogę rozumieć czym jest miłość Boga Ojca.

Robertino był Włochem. Urodził się w roku 1977. Matka zmarła kilka dni po urodzeniu chłopca. Dorastał we Włoszech, w Niemczech, w Ameryce – wszędzie tam, gdzie losy rzucały jego ojca. Pozwoliło mu to zdobyć bardzo szerokie horyzonty myślowe, otwartość na ludzi różnych narodowości, ras i kultur. Był chłopcem nad wiek rozwiniętym i inteligentnym. Posiadał ogromne możliwości percepcyjne. Szybko i łatwo przyswajał nowe treści nie tylko w szkole lecz także w licznych kontaktach z dorosłymi. Rozległe zainteresowania sprawiały, że z upodobaniem zbliżał się do ludzi wykształconych, od których czerpał wiedzę, którą następnie przy pomocy ojca, profesora uniwersyteckiego, przetwarzał w jednolity system wartości. Te cechy umysłowości sprawiały, że charakter miał niełatwy i był chłopcem raczej trudnym do prowadzenia. Ustępując ojcu lub nauczycielom, chciał być przekonany o tym, że to oni, a nie on mają rację, żądał logicznych argumentów. Kiedy ich zabrakło lub nie były dla niego w pełni przekonujące ustępował, ale nigdy nie omieszkał podkreślić, że czyni to z konieczności lub z miłości. W stosunku do rówieśników był miły, uczynny i serdeczny, ale i tu dawał o sobie znać jego trudny charakter. Przerastając ich intelektem, często nie potrafił się zdobyć na pokorę umysłu. Był urodzonym przywódcą grupy rówieśniczej, ale to przywództwo zbyt często łączył z surowym osądem, a nawet potępieniem i odrzuceniem.

Zdawał sobie doskonale sprawę ze swoich wad, nad którymi ubolewał. Stale zagrożony pychą, którą wytykał mu ojciec, podjął w wieku 11. lat systematyczną pracę nad sobą. Codziennie wieczorem robił szczegółowy rachunek sumienia, notując w specjalnym notesiku wszelkie uchybienia w stosunku do innych. Miłość do Boga nie jest uczuciowym drżeniem serca, lecz wyraża się w miłości do drugiego człowieka. Będę kochał tych, których mi kochać najtrudniej – zanotował w dzienniczku na zakończenie rekolekcji wielkopostnych w roku 1990.

Półtora roku później wziął udział w specjalnym przygotowaniu do Światowego Dnia Młodzieży z udziałem Jana Pawła II na Jasnej Górze. Animator grupy, do której należał wspomina, że górował nad innymi uczestnikami duchem modlitwy, skupienia, posłuszeństwa i samodyscypliny. A kiedy samodzielnie przygotował rozważania różańcowe, choć był najmłodszym uczestnikiem rekolekcji, młodzież uznała w nim swego rodzaju duchowego przywódcę.

6 sierpnia 1991 roku Robertino wraz ze swą grupą udał się na wieczorny spacer. Poszli do lasu. W pewnym momencie dostrzegli w oddali ogień. Palił się domek letniskowy. Chłopcy rzucili się do gaszenia, kiedy z domu dobiegł ich płacz dziecka. Płomienie uniemożliwiały wejście do środka. Wówczas Robertino, znalazł wolne od ognia okienko do piwnicy i wszedł przez nie do środka. W domu był 4-letni chłopiec, którego rodzice zostawili śpiącego i udali się w odwiedziny do przyjaciół z sąsiedztwa. Mały był w szoku. Nie pozwalał do siebie podejść. A czas naglił. Płomienie objęły strop, grożąc zawaleniem. Wreszcie Robertowi udało się chwycić chłopca i owiniętego w koce wyrzucić przez okno. Odwrót był już odcięty, a zwłoka spowodowana przestrachem dziecka, skończyła się tragedią.

Strażacy, którzy tymczasem przybyli do pożaru, wydobyli spod płonącej belki ciężko poparzonego chłopca. Robertino żył jeszcze i natychmiast został przewieziony do szpitala. Tam sprawa stała się zupełnie jasna. Miał spalone 80 procent powierzchni ciała. Ręce, którymi próbował odrzucić przygniatającą go belkę były niemal zwęglone. “Będzie miał szczęście, jeśli przed śmiercią nie odzyska przytomności” – orzekli lekarze.

Następnego dnia, o godzinie 5. rano odzyskał świadomość. Siedzącego przy jego łóżku księdza (opiekuna grupy) spytał, czy nic się nie stało dziecku, które wyrzucił przez okno. Mówienie sprawiało mu ból, więc ksiądz radził, by leżał spokojnie, to szybciej wyzdrowieje. Robertino uśmiechnął się. Tak lekarze mówią do ciężko chorych. Niech im ojciec nie wierzy. Ja niedługo umrę… Chciałbym umrzeć w piątek, jak Pan Jezus… To jeszcze długo, ale wytrzymam…

Wiele razy tracił przytomność i wiele razy ją odzyskiwał. Mimo podawanych środków przeciwbólowych cierpiał strasznie, ale wobec otoczenia starał się zachować spokój i pogodę. W ostatnim liście do ojca polecił napisać: Nie ma Cię przy mnie, Tatusiu. To dobrze. Mówiłeś, że jeżeli będę w życiu cierpiał, to nie powinienem dzielić się cierpieniem z tymi, których kocham… Mówiłeś też, że trzeba zawsze cierpieć godnie. Staram się teraz o to, ale gdybyś przyjechał, to nie udźwignął bym swojego i Twojego cierpienia. I przestał bym cierpieć godnie. Jak bym Cię zobaczył, na pewno bym płakał.

W przeddzień śmierci kazał sobie podać krzyż, z którym nie rozstał się już do końca. Leżał z przykniętymi oczami, a jego usta poruszały się w niemej modlitwie. Potem znów podyktował kolejny fragment listu do ojca: Dzięki Ci za to, że dałeś mi życie i wychowanie. Dziękuję Ci, że po śmierci mamusi nie oddałeś mnie do domu dziecka. To Ty nauczyłeś mnie wszystkiego, co było w moim życiu najważniejsze. Dziękuję Ci za to, że dałeś mi wiarę, że nauczyłeś mnie kochać Boga ponad wszystko, co istnieje. Uczyłeś mnie jak kochać ludzi, zwłaszcza tych najbiedniejszych i skrzywdzonych.

Był piątek 9 sierpnia. Robertino wyraził ostatnią wolę, by został pochowany przy matce oraz by po śmierci oddzielono mu serce i przekazano ojcu. Niech wie jak go kochałem i jak będę go kochał w niebie. Do rodziców zaś chłopca, któremu ocalił życie powiedział: Życie Patryka należy teraz trochę i do mnie. Może będzie misjonarzem, bo ja… już nie będę…

O godzinie 9:40 rozpoczęła się agonia. Robertino odmawia przyjęcia środków znieczulających. Pragnie umierać zupełnie świadomie. W liście do ojca kazał napisać: Teraz muszę odejść, Tatusiu, ale nie na długo. A może nawet będę mógł być bliżej Ciebie niż wtedy, kiedy mieszkałem w Rzymie, a Ty przez jakiś czas w Monachium. Moja gwiazdka nie zgaśnie. Będzie mrugała do Ciebie, kiedy spojrzysz w niebo. Jestem pewny, że pozostanę w Twoim sercu i w Twoich myślach. Będę szeleścił w Twoich papierach i Twoich książkach, dymem ofiarnym spłynę z Twoich modlitw, będę rozbrzmiewał w Twoim śmiechu, będę się tulił do Ciebie w zimowe wieczory i budził Cię słońcem poranka. Znajdziesz mnie w uśmiechu dobrych ludzi i w dotyku dziecięcych rąk. Bezdomnym psem przypadnę do Twoich stóp i głodnymi kotami otrę się o Twoje kochane ręce. A na końcu przyjdę i pocałunkami zamknę Ci oczy i wtedy będziemy już zawsze razem. Powiedz, czy to nie wspaniałe tak tęsknić za sobą, by się spotkać na zawsze? /…/ Duch mój klęka przed Tobą i prosi Cię o ostatnie błogosławieństwo. Jeszcze raz całuję Twoje ojcowskie dłonie. Nie mówię Ci, żegnaj Tatusiu. Mówię: do zobaczenia w niebie! Marana tha – Przyjdź, Panie Jezu!

W ostatnich słowach listu Robertina, w obliczu zbliżającej się nieuchronnie śmierci rozbrzmiewa nadzieja życia wiecznego i zmartwychwstania. Tak silna wiara i nadzieja może płynąć tylko z Chrystusowego krzyża. Tak rozbrzmiewa miłość zbawiająca człowieka. Miłość wyzwalająca od lęku śmierci, od rozpaczy i niepewności. Ten sam akcent wiary i nadziei na życie wieczne znajdujemy w ostatnich słowach Robertina.

Jest godzina 10:15. Chłopiec z trudem już oddycha. Kapłan zbliża krzyż do jego spieczonych ust. Przepraszam wszystkich – mówi Robertino – Do zobaczenia w niebie! Tatusiu… nie płacz… pomyśl, że wyjechałem do Australii…

Nie sposób nie uświadomić sobie jedynej konieczności i jedynej pewności ludzkiej egzystencji, jaką jest śmierć. W życiu wiary śmierć nie jest zaprzeczeniem życia, nie jest spadaniem w niebyt. Śmierć wierzącego opromieniona jest nadzieją zmartwychwstania do życia wiecznego. Po Wielkim Piątku nieuchronnie nadchodzi Wielka Niedziela. Ale na taką pewność w godzinie śmierci zasługujemy życiem skierowanym ku Bogu, który jest Bogiem żywych, a nie umarłych.

 

 

 

 

GLORIA VICTIS

aldomar

Gloria_VictisNa kolanach taty uczyłem się ojczystego pacierza...
Mówił:
ucz się dziecko polskiej mowy,
tam za oknem to są groby...
Elementarz i cmentarz
parady, defilady
werble, szrapnele,
kurz i pył
i krew ofiarna,
zdradziecki strzał
i myśl cmentarna,
radość i łza.
I były drogi –
najgorsze z dróg
modlitwa cicha –
ktoś odszedł znów.
I było miasto –
niezwyciężone
nieujarzmione i niepokorne,
miasto wspaniałe,
zranione miasto,
stosy kamieni,
dym i swąd,
leje po bombach,
rozbity dzwon
i cisza...
lęk...
Uczyłem się ojczystego pacierza
na kolanach ojca,
ale nie mogłem zdobyć się
na współczucie ni żal.
Obca mi była radość zwycięstwa
i ból klęski
i duma z dobrze spełnionego obowiązku
wobec ojczyzny
i nerwowe drżenie kolan przed bitwą
i chwała zwyciężonych.
A tamten?
Miał jak ja trzynaście lat,
a za sobą wiele celnych rzutów granatem.
Dotąd miał szczęście –
ale tym razem...
daleki wybuch zagłuszył klekot karabinu
maszynowego.
Padając
wyciągnął przed siebie rękę
jakby chciał znaleźć koniec kurtyny,
by ją odchylić,
by zobaczyć
Świt.
Na kolanach taty nauczyłem się ojczystego pacierza.

 

 

© Aldomar
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci