Menu

Aldomar

Polityka polska budzi coraz większe emocje. Inaczej widzi się ją z kraju, inaczej z oddali takiej jak ja ją widzę. Coraz częściej wywołuje pusty śmiech. Polacy w kraju sami, dobrowolnie postanowili zmienić wszystko... na gorsze.

ROBERTINO - MIŁOŚĆ ZBAWIAJĄCA

aldomar

9 sierpnia przypada 25. rocznica tragicznej śmieci 14-letnie Robertina, chłopca, który zrozumiał sens Krzyża, cierpienia i śmierci. Świadomie podaję tylko jego imię, gdyż ojciec Robertina wydał dyspozycję, że wszystkie materiały dotyczące życia i śmierci jego syna mogą być ujawnione dopiero po jego śmierci.

 

"Daj mi punkt oparcia, a uniosę świat. Tym punktem oparcia jest krzyż" – napisała kiedyś Simone Weil. W tej wypowiedzi kobiety-filozofa krzyż przestaje być czcigodnym znakiem, świętym symbolem, lecz nabiera wymiarów kosmicznych. Łączy w sposób rzeczywisty ziemię z niebem. A jeśli jest znakiem, to ognistym, pulsującym życiem, bolesnym krzykiem miłości, z którą się nie żartuje, jeśli jest znakiem, to bardzo często jest to znak sprzeciwu.

 

Znak krzyża znany był już dużo wcześniej, ale dopiero przez śmierć Zbawiciela zyskał szczególną moc i sens. Moc – ponieważ cała potęga piekła nie jest w stanie go unicestwić; sens – gdyż w nim niemożliwe staje się możliwe. Możliwe staje się naśladowanie przez grzesznego człowieka samego Boga, który jest Miłością.

W Wielki Piątek, we wszystkich naszych kościołach adorujemy “Drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”. Jednak zginanie kolan, gęboki pokłon i pocałunek składany na krzyżu nic nam nie pomogą, jeżeli sam krzyż pozostanie dla nas wyłącznie świątobliwym symbolem, a nie wiecznie krwawiącym wezwaniem do naprawy życia i świętości. Nie wystarczy zewnętrznie wyznawać znak krzyża, nie wystarczy powiesić go w sali sejmowej czy w klasach szkolnych, trzeba się wewnętrznie przepoić jego duchem. Chrystus stawia znak swojej męki w samym centrum wszechświata, nadaje mu rangę wydarzenia kosmicznego, ale jednocześnie stawia swój krzyż w centrum człowieka – dziecka kosmosu. Tylko na trudnej wąskiej drodze krzyża człowiek może ocalić własne człowieczeństo. Jak słusznie zauważa Cyprian Kamil Norwid w Promethidionie: Nie za sobą z krzyżem Zbawiciela, ale za Zbawicielem z krzyżem swoim, ta jest zasada wszechharmonii społecznej w chrześcijaństwie.

Nie sposób oddzielić krzyża od miłości. Tylko w świetle miłości można krzyż odgadnąć i zrozumieć; tylko krzyż może nauczyć miłości czystej i prawdziwej. Myśląc o męce i śmierci Chrystusa, myślimy o Jego miłości do ludzi. I słusznie. To przecież za nich ofiarował się, “bo sam chciał”. Będąc jednocześnie i Bogiem i człowiekiem, doskonale wyrażał swą ludzką wolą, wolę Bożą. Z krzyża Chrystusowego promieniuje nie tylko miłość Chrystusa-Boga do grzesznej ludzkości, lecz także miłość Boga Ojca do całej rodziny ludzkiej. Patrząc na krzyż winniśmy uświadomić sobie także tę ojcowską miłość, która nie zawahała się poświęcić w ofierze jedynego i umiłowanego Syna.

Z mojego ojca promieniowała miłość, wobec której nie można było być obojętnym – pisał 13-letni Robertino w wypracowaniu szkolnym na temat ojcostwa. - Jego ręce są pełne ciepłej dobroci, która rozlewa się na mnie i na ludzi, którzy z nim się stykają. Potrafi dostrzegać urok niepozornych. Dopiero patrząc na mojego ojca mogę rozumieć czym jest miłość Boga Ojca.

Robertino był Włochem. Urodził się w roku 1977. Matka zmarła kilka dni po urodzeniu chłopca. Dorastał we Włoszech, w Niemczech, w Ameryce – wszędzie tam, gdzie losy rzucały jego ojca. Pozwoliło mu to zdobyć bardzo szerokie horyzonty myślowe, otwartość na ludzi różnych narodowości, ras i kultur. Był chłopcem nad wiek rozwiniętym i inteligentnym. Posiadał ogromne możliwości percepcyjne. Szybko i łatwo przyswajał nowe treści nie tylko w szkole lecz także w licznych kontaktach z dorosłymi. Rozległe zainteresowania sprawiały, że z upodobaniem zbliżał się do ludzi wykształconych, od których czerpał wiedzę, którą następnie przy pomocy ojca, profesora uniwersyteckiego, przetwarzał w jednolity system wartości. Te cechy umysłowości sprawiały, że charakter miał niełatwy i był chłopcem raczej trudnym do prowadzenia. Ustępując ojcu lub nauczycielom, chciał być przekonany o tym, że to oni, a nie on mają rację, żądał logicznych argumentów. Kiedy ich zabrakło lub nie były dla niego w pełni przekonujące ustępował, ale nigdy nie omieszkał podkreślić, że czyni to z konieczności lub z miłości. W stosunku do rówieśników był miły, uczynny i serdeczny, ale i tu dawał o sobie znać jego trudny charakter. Przerastając ich intelektem, często nie potrafił się zdobyć na pokorę umysłu. Był urodzonym przywódcą grupy rówieśniczej, ale to przywództwo zbyt często łączył z surowym osądem, a nawet potępieniem i odrzuceniem.

Zdawał sobie doskonale sprawę ze swoich wad, nad którymi ubolewał. Stale zagrożony pychą, którą wytykał mu ojciec, podjął w wieku 11. lat systematyczną pracę nad sobą. Codziennie wieczorem robił szczegółowy rachunek sumienia, notując w specjalnym notesiku wszelkie uchybienia w stosunku do innych. Miłość do Boga nie jest uczuciowym drżeniem serca, lecz wyraża się w miłości do drugiego człowieka. Będę kochał tych, których mi kochać najtrudniej – zanotował w dzienniczku na zakończenie rekolekcji wielkopostnych w roku 1990.

Półtora roku później wziął udział w specjalnym przygotowaniu do Światowego Dnia Młodzieży z udziałem Jana Pawła II na Jasnej Górze. Animator grupy, do której należał wspomina, że górował nad innymi uczestnikami duchem modlitwy, skupienia, posłuszeństwa i samodyscypliny. A kiedy samodzielnie przygotował rozważania różańcowe, choć był najmłodszym uczestnikiem rekolekcji, młodzież uznała w nim swego rodzaju duchowego przywódcę.

6 sierpnia 1991 roku Robertino wraz ze swą grupą udał się na wieczorny spacer. Poszli do lasu. W pewnym momencie dostrzegli w oddali ogień. Palił się domek letniskowy. Chłopcy rzucili się do gaszenia, kiedy z domu dobiegł ich płacz dziecka. Płomienie uniemożliwiały wejście do środka. Wówczas Robertino, znalazł wolne od ognia okienko do piwnicy i wszedł przez nie do środka. W domu był 4-letni chłopiec, którego rodzice zostawili śpiącego i udali się w odwiedziny do przyjaciół z sąsiedztwa. Mały był w szoku. Nie pozwalał do siebie podejść. A czas naglił. Płomienie objęły strop, grożąc zawaleniem. Wreszcie Robertowi udało się chwycić chłopca i owiniętego w koce wyrzucić przez okno. Odwrót był już odcięty, a zwłoka spowodowana przestrachem dziecka, skończyła się tragedią.

Strażacy, którzy tymczasem przybyli do pożaru, wydobyli spod płonącej belki ciężko poparzonego chłopca. Robertino żył jeszcze i natychmiast został przewieziony do szpitala. Tam sprawa stała się zupełnie jasna. Miał spalone 80 procent powierzchni ciała. Ręce, którymi próbował odrzucić przygniatającą go belkę były niemal zwęglone. “Będzie miał szczęście, jeśli przed śmiercią nie odzyska przytomności” – orzekli lekarze.

Następnego dnia, o godzinie 5. rano odzyskał świadomość. Siedzącego przy jego łóżku księdza (opiekuna grupy) spytał, czy nic się nie stało dziecku, które wyrzucił przez okno. Mówienie sprawiało mu ból, więc ksiądz radził, by leżał spokojnie, to szybciej wyzdrowieje. Robertino uśmiechnął się. Tak lekarze mówią do ciężko chorych. Niech im ojciec nie wierzy. Ja niedługo umrę… Chciałbym umrzeć w piątek, jak Pan Jezus… To jeszcze długo, ale wytrzymam…

Wiele razy tracił przytomność i wiele razy ją odzyskiwał. Mimo podawanych środków przeciwbólowych cierpiał strasznie, ale wobec otoczenia starał się zachować spokój i pogodę. W ostatnim liście do ojca polecił napisać: Nie ma Cię przy mnie, Tatusiu. To dobrze. Mówiłeś, że jeżeli będę w życiu cierpiał, to nie powinienem dzielić się cierpieniem z tymi, których kocham… Mówiłeś też, że trzeba zawsze cierpieć godnie. Staram się teraz o to, ale gdybyś przyjechał, to nie udźwignął bym swojego i Twojego cierpienia. I przestał bym cierpieć godnie. Jak bym Cię zobaczył, na pewno bym płakał.

W przeddzień śmierci kazał sobie podać krzyż, z którym nie rozstał się już do końca. Leżał z przykniętymi oczami, a jego usta poruszały się w niemej modlitwie. Potem znów podyktował kolejny fragment listu do ojca: Dzięki Ci za to, że dałeś mi życie i wychowanie. Dziękuję Ci, że po śmierci mamusi nie oddałeś mnie do domu dziecka. To Ty nauczyłeś mnie wszystkiego, co było w moim życiu najważniejsze. Dziękuję Ci za to, że dałeś mi wiarę, że nauczyłeś mnie kochać Boga ponad wszystko, co istnieje. Uczyłeś mnie jak kochać ludzi, zwłaszcza tych najbiedniejszych i skrzywdzonych.

Był piątek 9 sierpnia. Robertino wyraził ostatnią wolę, by został pochowany przy matce oraz by po śmierci oddzielono mu serce i przekazano ojcu. Niech wie jak go kochałem i jak będę go kochał w niebie. Do rodziców zaś chłopca, któremu ocalił życie powiedział: Życie Patryka należy teraz trochę i do mnie. Może będzie misjonarzem, bo ja… już nie będę…

O godzinie 9:40 rozpoczęła się agonia. Robertino odmawia przyjęcia środków znieczulających. Pragnie umierać zupełnie świadomie. W liście do ojca kazał napisać: Teraz muszę odejść, Tatusiu, ale nie na długo. A może nawet będę mógł być bliżej Ciebie niż wtedy, kiedy mieszkałem w Rzymie, a Ty przez jakiś czas w Monachium. Moja gwiazdka nie zgaśnie. Będzie mrugała do Ciebie, kiedy spojrzysz w niebo. Jestem pewny, że pozostanę w Twoim sercu i w Twoich myślach. Będę szeleścił w Twoich papierach i Twoich książkach, dymem ofiarnym spłynę z Twoich modlitw, będę rozbrzmiewał w Twoim śmiechu, będę się tulił do Ciebie w zimowe wieczory i budził Cię słońcem poranka. Znajdziesz mnie w uśmiechu dobrych ludzi i w dotyku dziecięcych rąk. Bezdomnym psem przypadnę do Twoich stóp i głodnymi kotami otrę się o Twoje kochane ręce. A na końcu przyjdę i pocałunkami zamknę Ci oczy i wtedy będziemy już zawsze razem. Powiedz, czy to nie wspaniałe tak tęsknić za sobą, by się spotkać na zawsze? /…/ Duch mój klęka przed Tobą i prosi Cię o ostatnie błogosławieństwo. Jeszcze raz całuję Twoje ojcowskie dłonie. Nie mówię Ci, żegnaj Tatusiu. Mówię: do zobaczenia w niebie! Marana tha – Przyjdź, Panie Jezu!

W ostatnich słowach listu Robertina, w obliczu zbliżającej się nieuchronnie śmierci rozbrzmiewa nadzieja życia wiecznego i zmartwychwstania. Tak silna wiara i nadzieja może płynąć tylko z Chrystusowego krzyża. Tak rozbrzmiewa miłość zbawiająca człowieka. Miłość wyzwalająca od lęku śmierci, od rozpaczy i niepewności. Ten sam akcent wiary i nadziei na życie wieczne znajdujemy w ostatnich słowach Robertina.

Jest godzina 10:15. Chłopiec z trudem już oddycha. Kapłan zbliża krzyż do jego spieczonych ust. Przepraszam wszystkich – mówi Robertino – Do zobaczenia w niebie! Tatusiu… nie płacz… pomyśl, że wyjechałem do Australii…

Nie sposób nie uświadomić sobie jedynej konieczności i jedynej pewności ludzkiej egzystencji, jaką jest śmierć. W życiu wiary śmierć nie jest zaprzeczeniem życia, nie jest spadaniem w niebyt. Śmierć wierzącego opromieniona jest nadzieją zmartwychwstania do życia wiecznego. Po Wielkim Piątku nieuchronnie nadchodzi Wielka Niedziela. Ale na taką pewność w godzinie śmierci zasługujemy życiem skierowanym ku Bogu, który jest Bogiem żywych, a nie umarłych.

 

 

 

 

GLORIA VICTIS

aldomar

Gloria_VictisNa kolanach taty uczyłem się ojczystego pacierza...
Mówił:
ucz się dziecko polskiej mowy,
tam za oknem to są groby...
Elementarz i cmentarz
parady, defilady
werble, szrapnele,
kurz i pył
i krew ofiarna,
zdradziecki strzał
i myśl cmentarna,
radość i łza.
I były drogi –
najgorsze z dróg
modlitwa cicha –
ktoś odszedł znów.
I było miasto –
niezwyciężone
nieujarzmione i niepokorne,
miasto wspaniałe,
zranione miasto,
stosy kamieni,
dym i swąd,
leje po bombach,
rozbity dzwon
i cisza...
lęk...
Uczyłem się ojczystego pacierza
na kolanach ojca,
ale nie mogłem zdobyć się
na współczucie ni żal.
Obca mi była radość zwycięstwa
i ból klęski
i duma z dobrze spełnionego obowiązku
wobec ojczyzny
i nerwowe drżenie kolan przed bitwą
i chwała zwyciężonych.
A tamten?
Miał jak ja trzynaście lat,
a za sobą wiele celnych rzutów granatem.
Dotąd miał szczęście –
ale tym razem...
daleki wybuch zagłuszył klekot karabinu
maszynowego.
Padając
wyciągnął przed siebie rękę
jakby chciał znaleźć koniec kurtyny,
by ją odchylić,
by zobaczyć
Świt.
Na kolanach taty nauczyłem się ojczystego pacierza.

 

 

WIDZIANE Z ODDALI 30 czerwca 2016

aldomar

 

Można powiedzieć: DZIEJE SIĘ! Prezes pisu, poseł Kaczyński, tak się rozbestwił, że już nie kryje swoich zamiarów. Doszedł do wniosku, że po utracie władzy przez pis Trubunał Konstytucyjny mu nie grozi, gdyż formalnie jest szeregowym posłem. A posłowie pisu robią różne rzeczy, gdyż są idiotami. Póki co jednak za idiotyzm żadna kara posłom nie grozi. Taki wierszyk znalazłem w necie:

wiersz

***W Poznaniu odbyły się uroczystości związane z okrągłą rocznicą Poznańskiego Czerwca. Prezydent Poznania zaprosił na tę uroczystość prezydenta Lecha Wałęsę. Był także obecny rezydent Pałacu Prezydenckiego, Andrzej Duda. Jego pojawienie powitano gwizdami.

Nalepsze przemówienie wygłosił Prezydent Poznania, Jacek Jaśkowiak. Miałem nieodparte wrażenie, że nie mówi on o historii, z którą związana jest ta uroczystość, lecz o czasach współczesnych. Na przykład: "Po stłumieniu Powstania, jego uczestników nazwano „rebeliantami”, „mętami społecznymi”, „agentami imperializmu amerykańskiego”, „bandytami politycznymi”. Tak władza dzieliła społeczeństwo, by zafałszować fakty". Czy nie jest to opis kłamliwych wystąpień posła Kaczyńskiego? Otóż jest. Prezydent Jaśkowiak mówił dalej "Wydarzenia i postawa bohaterów tamtych dni powinny stanowić dla nas dzisiaj swoiste memento. Deptanie wolności, praw obywatelskich i politycznych, rządy wbrew społeczeństwu, zniewalanie sumień – prędzej czy później prowadzą do katastrofy. Niech tragiczny czas Poznańskiego Czerwca 1956 roku uczy nas, że każde nadużycie władzy zwiastuje początek jej końca".  Kaczyński, Duda, Szydło i inni pisowscy rządzący nie mogą już powiedzieć, że nie zostali ostrzeżeni. Zostali. I to bardzo wyraźnie.

***W czerwcu 1956 roku władza komunistyczna wysłała do Poznania wojsko. W 60. rocznicę tamtych wydarzeń, największy świrus w rządzie, Antoni Macierewicz, także przywlókł do Poznania wojsko. Tylko po to, by bez sensu powiązać rocznicę Czerwca z katastrofą smoleńską. Odbył się apel poległych, w czasie którego liczne świrusy nazywały katastrofę zamachem, a tych którzy zginęli określano mianem tych, którzy polegli.

Czy jest w Polsce większa paranoja, niż paranoja smoleńska? Normalni Polacy zaczęli opuszczać zgromadzenie kiedy zaczynał się ten kuriozalny, oszukańczy i kłamliwy apel "poległych".

 

***Przewodniczący Sejmowej Komisji (O, ironio!) Praworządności i Praw Człowieka, były komunistyczny prokurtor oskarżający członków "Solidarności", Stanisław Piotrowicz (zapamietajcie nazwisko tego komucha!) wyrzucił z posiedzenia komisji dziennikarzy i kamery.

Czyżby pis zaczynał się wstydzić swoich poczynań?

 

***Jest w pisie poseł, Dominik Tarczyński. Zasłynął on wielu chamskimi i wulgarnymi odzywkami na Twitterze, a ostatnio chamskim niegodnym nie tylko posła na sejm, ale nawet ostatniego z meneli atakiem na prezydenta Lecha Wałęsę, którego nazwał bydlakiem. Pisowski matoł ubliża człowiekowi tak zasłużonemu dla Polski. Czy to może się zmieścić w normalnej głowie?

Pominąłbym ten fakt milczeniem, ponieważ do skurwysyństwa pisowców zdążyłem przywyknąć, ale moje zdumienie budzi fakt, że ten pisowski menel jest absolwentem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Słyszałem, że oprócz przekazywania wiedzy, katolickie uniwersytety dają swym absolwentom formację ludzką i katolicką. No to wypada tylko pogratulować KUL-owi tej formacji. Pamiętam odczyt innego łobuza, niejakiego Brauna, który w murach KUL-u atakował po chamsku byłego Wielkiego Kanclerza tej uczelni, abp. Józefa Życińskiego. Czy można zatem się dziwić, że polskie świątynie powoli, bo powoli, ale pustoszeją. Wkrótce pozostanie tam samo kołtuństwo.

 

List do ks. Jerzego Popiełuszki

aldomar

 Tekst ten napisałem po obejrzeniu filmu "Wolność jest w nas". Przypominam go, bo z roku na rok staje się coraz bardziej aktualny.


Twoje ideały były tak proste, jak chrześcijaństwo. Godność, wolność od lęku, nienawiści, żądzy odwetu. Mówiłeś o solidarności i budowaniu wspólnoty. Pokazywałeś jak mieć "tak za tak i nie za nie... bez światłocienia".
Co z tego zostało? Czy widzisz to dziś stamtąd, gdzie jesteś? Musisz być zszokowany. "Solidarność", ta sentymentalna panna "S", to dzisiaj wredna baba, która lata jak z piórem za pisem. Zrzesza dziś hipokrytów biegających po jednaj z najpiękniejszych ulic Stolicy z pochodniami, krzyżami, różańcami. Tamci, młodzi, których znałeś, to dziś zgorzkniali i sfrustowani starcy, a kolejne pokolenie pojęcia nie ma, za co oddałeś życie.

Kiedyś wyszedłeś z sali rozpraw. Powiedziałeś, że uciekasz przed nienawiścią. Uciekłeś na sądowy korytarz. I już byłeś wolny od pogardy i nienawiści. Miałeś gdzie uciec, Księże Jerzy. Dziś nie miałbyś gdzie uciec. Wraz z ostatnimi wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi nienawiść rozlała się po Polsce jak szambo. Jej smród unosi sie nad Warszawą, nad Żoliborzem, nad kościołem św. Stanisława, który za Twoich czasów był azylem wolności i godności człowieka.

A jak by wyglądała dziś Twoja litania? Czy dodałbyś:
- Matko fałszywie oskarżanych o zamach na prezydenta!
- Matko rozbijających wspólnotę narodu!
- Matko opętanych rządzą władzy i odwetu!

Dodał byś takie wezwania?

A wiesz jak się zmieniła Jasna Góra? Pod "pałacem Królowej Polski, gdzie podobno przy sercu Matki bije serce narodu" rozłożyły się kramy handlujące kłamstwem i nienawiścią. A brygady, które dziś nazywamy "moherowymi", uzbrojone w parasolki i słowa-miecze potrafią zbluzgać i obić dziennikarzy, a z wałów jasnogórskich pewien redemptorysta hańbiący nieustannie imię Maryi hadlował kiedyś komórkowymi telefonami w imieniu innego oszusta. Za twoich czasów to był dom modlitwy. Dziś stał się jaskinią zbójców. Jaskinią do której "pielgrzymują" pod narodowymi hasłami młodzi Polacy pragnący upodobnić się do nazistów, nie pamiętając o zbrodniach, jakie ta obłakana ideologia popełniła na polskiej ziemi.

Może myślisz, Księże Jerzy, że rewolucja "Solidarności" się nie udała? Może myślisz, że to wszystko co Ci piszę robi Jaruzelski, Kiszczak i Urban? Masz prawo tak myśleć, bo przecież przed tron Boga płynie tak często śpiew "Ojczyznę wolną, racz nam wrócić, Panie" i "Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana". Ale to nieprawda. Twoja i nasza ojczyzna jest wolna. Do twoich uszu dobiegają tylko slowa "zmienione chytrze przez krętaczy". Słowa, które muszą być najwyższą obrazą Boga. Tego który powiedział o sobie: "Ja jestem Prawdą".

A wiesz, Księże Jerzy, ile nienawiści i chamstwa na internetowych forach? Nie uwierzyłbyć, ale najwięcej tego chamstwa spotkałem na forach, gdzie gromadzą się katolicy. To pewnie dzieci i wnuki Twoich przyjaciół sprzed lat. Może to także ci młodzi, którzy na Twoim pogrzebie trzymali transparent: "Słowa Twoje poniesiemy".

Czy warto było, Księże Jerzy? Czy nie żałujesz, że nie pojechałeś do Rzymu i nie ocaliłeś życia? Czy nie wkurza Cię wspomnienie własnej męki i śmierci za coś, po czym pozostało tylko wspomnienie? Mnie by wkurzało. Ale ja nie jestem święty, jak Ty.

Nie życzę Ci, wiecznego odpoczynku, bo go mieć nie będziesz. Jeszcze wiele lat byle nienawistny szmondak, opętany żądzą władzy, pieniędzy i odwetu będzie sobie wycierał gębę twoim imieniem, bedzie się podszywał pod Twoje życie i śmierć. Nie mówię Ci więc "Odpoczywaj w pokoju". Powiem Ci: Trzymaj się Księże Jerzy. Trzymaj się tak jak kiedyś, bez lęku przed tym, co się stanie.

 

 

Jak zostałem antyfeministą (opowiadanie naszego dziadka)

aldomar

To się zaczęło kilka lat temu. Polskie Radio podało informację, że pewna pływaczka, sławna zresztą, manipulowała moczem. Dosłownie, tak powiedzieli: manipulowała moczem. No, o różnych rodzajach manipulacji słyszałem, ale żeby moczem? Zaraz, to znaczy, że co ona z tym moczem...? Do dziś nie wiem.

Wtedy jednak nawet nie zdążyłem się zastanowić, gdyż pewien amerykański prokurator zafundował światu widowisko, jakiego ów świat do tej pory nie oglądał. Facet zaparł się, że przy pomocy dwóch różnokolorowych panienek zwolni z roboty prezydenta USA, niejakiego Clintona. No, nie wiem.

Najpierw zgłosiło się dziewczę o dźwięczym imieniu Pola. Miałem kiedyś ciocię, która nosiła to imię. Każdy przejaw aktywności cioci Poli sprawiał, że cała rodzina wpadała w panikę, bo albo dostawali po kieszeni, albo przez dłuższy czas nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Otóż amerykańska Pola była urzędniczką zbliżoną do gubernatora stanu Arkansas, a gubernatorem owym był podówczas nie kto inny tylko nasz pupil Bill. Pola przypomniała sobie, że kilka lat temu w Arkansas, w zaciszu hotelowego pokoju pan gubernator złożył jej tyleż atrakcyjną, co nieprzystojną propozycję. Propozycja była na tyle atrakcyjna, że Pola zapamiętała nie tylko miejsce i atmosferę, ale także pewien szczegół anatomiczny tego, co jej pan gubernator pokazał, szczegół, który podobno ma to wyróżniać od innych tego rodzaju rzeczy. Więc prokurator Staar odgrażał się prezydentowi, że będzie musiał pokazać jeszcze raz, ale tym razem sędziemu. Z drugiej strony gubernatorska propozycja wydała się Poli nieprzyzwoita i w sam raz nadająca się dla prokuratora. Nie pobiegła jednak od razu na policję, bo po pierwsze tak ją zatkało z oburzenia, że potrzebowała kilku lat na ochłonięcie, a po drugie nie chciała się szlajać po sądach za friko. A cóż mogła wyciągnąć ze skromnej gubernatorskiej pensji? Odczekała więc aż jej świntuszek zostanie prezydentem największego na świecie mocarstwa i dopiero go dopadła. Zrobiła sobie ponadto szałowy make up i dała pięć minut fotoreporterom dzięki czemu nieznaną nikomu Polę z Arkansas poznał cały świat.

Wszystko wydawało się być na dobrej drodze, aż tu sprawa zaczęła się ślimaczyć. Prezydent zupełnie nie pamiętał, by miał czynić jakieś pozasłużbowe propozycje swojej sekretarce, Pola upierała się, że pamięta doskonale iż był to pan gubernator, a nie recepcjonista, sąd nie chciał niczego u prezydenta oglądać i rzecz utknęła na martwym punkcie. Wtedy nadeszła odsiecz.

W Białym Domu były gubernator, a później prezydent natknął się na skromne, niewinne dziewczę, niejaką Monikę Lewinsky. Nie cieszcie się, to nie Polka. Jest wiele sławnych Polek, ale nie do tego stopnia. Monice natychmiast zaimponował naczelny Białego Domu, bo to i jogging uprawiał w seksi szortach i jak trzeba to może stanąć pod balkonem, zagrać jej puzonem itp, itd, itp... Niedoświadczona stażystka polubiła myśleć o sobie: Monika dziewczyna Bilika. Tak przynajmniej wynika z opowieści, którymi raczyła swą przyjaciółkę przez telefon. Przyjaciółkę dość zresztą podejrzaną, bo bez zgody, a nawet wiedzy Moniki nagrywającą dziewczęce zwierzenia na magnetofon. Wynikało to również ze zdjęć, które obiegły cały świat, na których to zdjęciach Monika łasi się do Billa jak kotka i wygląda na znacznie szczęśliwszą niż Pierwsza Dama. Nie wiem, może się mylę, ale moim zdaniem brutalnie wykorzystywana przez szefa niewinna stażystka winna wyglądać zupełnie inaczej. Otóż Monika, która co prawda staż ukończyła, ale roboty w Białym Domu nie dostała, pobiegła ze łzami w oczach do prokuratora Staara i pożaliła się, że krzywda ją spotkała, gdyż sam pan prezydent zmuszał ją do czynów nie opisanych w przydziale czynności służbowych stażystki. Na dowód swej krzywdy rzuciła prokuratorowi w twarz swa brudną kieckę z plamą, która według zeznań byłej stażystki nie była plamą po dżemie morelowym. Prokuratorku mój ty kochany – załkało dziewczę – każ zbadać niniejszą plamę w laboratorium Pentagonu, to zobaczysz, że tam jakieś DNA się musi znajować. Pamiętamy, że Monika była wykształcona, także w zakresie genetyki. A ja się zastanawiałem, dlaczego ona tej sukienki przez tyle miesięcy nie wyprała. Albo brudas, albo manipulantka.

Społeczeństwo amerykańskie, a w ślad za nim świat cały podzielił się na dwa obozy. Obóz mniejszościowy uważał, że prezydent winien być nieskazitelny moralnie i stanowić żywy przykład dla pospolitych śmiertelników. Ładnie byśmy wyglądali, gdybyśmy brali przykład z polityków. Moraliści uważają, że prezydenta trzeba obalić, bo kłamie zarówno w sprawie Poli jak i Moniki. A gdzie oni widzieli prawdomównego polityka? Owszem, czasem jakiś polityk się pomyli i przywali prawdę prosto z mostu, ale najczęściej jest to wtedy jego ostatnia kadencja. Ja osobiście wymagam od prezydenta tego, by mnie recesja nie zżarła oraz by jakiś Bill Laden (też Bill) nie podrzucił nam bakterii, na które nasi nobliści nie zdążą wynaleźć szczepionki. Moralne przykłady znajdę sobie gdzie indziej, jeśli już koniecznie będę ich potrzebował. Obóz większościowy sądzi, że sprawa dziewczyn prezydenta winna obchodzić co najwyżej jego żonę i nikomu nic do tego, zwłaszcza prokuratorowi. Ale prokurator jak praczka, grzebie się w brudach i swoje wie. Choć pan Staar zdawał się nie wiedzieć, że skrzywdzona kobieta biegnie na policje natychmiast, albo nigdy. Ponadto żadna komisja mieszana złożona z prawników, teologów, lekarzy, psychologów i czynnika społecznego nie ustaliła jeszcze granicy, gdzie kończą się zaloty, a zaczyna napastowanie, podobnie jak nasi znakomici uczeni prawnicy nie są zgodni co do tego co jeszcze nie jest pornografię, a co już nią nie jest oraz nie bardzo odróżniają znęcanie się nad dzieckiem od dyscyplinującego ojcowskiego klapsa. Za jedno i drugie tatuś może posiedzieć równie długo.

Pan prezydent okazał siê cz³owiekiem tyle¿ jurnym, co nieuœwiadomionym. Wszystko przez to, ¿e w szko³ach amerykañskich nie ma przedmiotu o intryguj¹cej m³ode pokolenie nazwie „wychowanie seksualne”. Polska chciała tu być prekursorem. Ma³y Polak w szkole podstawowej bêdzie wiedzia³ to, czego nie domyœla³ siê nawet 50-letni Bill Clinton. Otó¿ pan prezydent oœwiadczy³ kiedyœ pod przysiêg¹, ¿e ¿adnych seksualnych harców z Monik¹ nie uprawia³. Potem dopiero siê okaza³o, ¿e nie podejrzewa³ on i¿ seks oralny to te¿ seks. Niby logiczne. Usta s³u¿¹ bowiem do wk³adania tam jedzenia i jeœli ktoœ weŸmie do ust na przyk³ad cygaro, to nie znaczy, ¿e je.

I nich mi teraz ktoœ wyt³umaczy co siê porobi³o na tym œwiecie. Ja nic z tego nie rozumiem. Tradycyjny model kontaktów mêsko damskich polega³ z grubsza rzecz bior¹c na tym, ¿e on, zdobywca, stara³ siê posi¹œæ j¹, której intuicja i natura kaza³a siê opieraæ. Opiera³a siê jednak sama, bez pomocy prokuratora. Kiedy ju¿ nie mog³a siê d³u¿ej opieraæ, mówi³a: Och, któ¿ ci siê oprze, skoro ty taki sielny, jucho! I szli dawaæ na zapowiedzi. Oczywiœcie mog³y siê zdarzyæ przypadki ekstremalne. Pamiêtacie tê Bobitt sprzed lat? Opiera³a siê nawet w³asnemu mê¿owi a¿ wreszcie siê znudzi³a tym opieraniem, wziê³a nó¿ i tym no¿em odciê³a ch³opu to, co jej najbardziej u niego przeszkadza³o. I jaka by³a do tego z³oœliwa. Nie doœæ, ¿e uciê³a, to jeszcze wyrzuci³a przez okno. Na szczêœcie ch³opak okaza³ siê przytomny. Wybieg³ natychmiast z domu, na trawniku znalaz³ to, co mu by³o zginê³o, a resztê zrobi³ chirurg. Teraz podobno nadal siê ukrywa i dr¿y na myœl o przedterminowym zwolnieniu uroczej ma³¿onki. A przecie¿ jeszcze tak niedawno kobietê kojarzono z puchem - marnym, bo marnym, ale jednak delikatnym. By³a kobieta-p¹czek, kobieta-kwiat, potem jakoœ przeszliœmy na nature o¿ywion¹: kobieta-motyl, kobieta-w¹¿, a tu naraz... kobieta-sekator. Ja siê zastanawiam jak w tej sytuacji zachowaæ gatunek, o mi³oœci nie wspomnê.

Nikt nie miał pojęcia kiedy skończy się sprawa z nieuœwiadomionym do koñca prezydentem i niewinnymi panienkami. Tym bardziej, ¿e z zachowania prokuratora Staara wynikało, ¿e bynajmniej nie chodzi mu o pomszczenie niewinnych panienek, lecz jakby zupe³nie o coœ innego. Staarowi uda³o siê nawet przes³uchaæ Clintona, który póŸniej zawiadomi³ naród, ¿e owszem, coœ tam by³o, ale nie do koñca. D³u¿ej nie móg³ mówiæ, bo nastêpnego dnia mia³ urodziny i wyje¿d¿a³ na urlop.

Nie myœlcie sobie, ¿e broniê prezydenta Clintona. Nie. Jego wina jest niew¹tpliwa, ale polegała wy³¹cznie na tym, ¿e pan prezydent nie czyta Biblii i nie zna historii Polski. Jedno lub drugie zabezpieczy³o by go przed przykrymi skutkami znajomoœci z Monik¹. W Biblii opisana jest historia pewnej rodaczki Moniki imieniem Judyta. Naczelny wódz króla Nabuchodonozora, niejaki Holofernes, napastowa³ dzieweczkê w Owalnym Namiocie. Dziewczê, jak to zwykle bywa, najpierw siê opiera³o, a nastêpnie spitemu podczas uczty Holofernesowi odciê³o g³owê. By³y to czasy, kiedy w grê wchodzi³y wy³¹cznie rozwi¹zania ekstremalne. Holofernes, podobnie jak Clinton, zbytnio zaufa³ dzieweczce, nie zabezpieczaj¹c sobie ty³ów. Zupe³nie inaczej post¹pi³ król Kazimierz Wielki. Mia³ on dwie wielkie namiêtnoœci - architekturê murowan¹ i Esterkê. Córa Judy nie mog³a byæ kochank¹, nawet królewsk¹, nie mówi¹c o prezydenckiej. Kazimierz wiêc, w ramach przekupienia odpowiedzialnych za reputacjê Esterki rabinów, osadzi³ dzieweczkê pod Krakowem i obudowa³ miastem. Tak powsta³ krakowski Kazimierz z piêkn¹ synagog¹ i ulic¹ Estery. I niech kto powie, ¿e Kazimierz nie by³ wielkim królem. Tylko to trzeba wiedzieæ!

AGO

 

© Aldomar
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci